Najdawniejsza odzież Górali Nadpopradzkich, wpisana była w kontekst kultury Karpat i jej różnorodnego i wieloetnicznego pochodzenia. Wiele analogii w stroju Górali Nadpopradzkich znajdujemy na całym obszarze Karpat, a szczególnie polskich i słowackich oraz regionów przyległych. Podstawę stanowił produkowany w gospodarstwach samodział: lniany, konopny i wełniany, oraz skóry bydlęce, świńskie i baranie. Były to zatem ubrania wykonywane z lnianego, niebarwionego płótna lub sukna naturalnych kolorów, od białego, przez szare i brązowe. Kobiety w całości ubierały się na biało. Z lnianego samodziału szyto wszystkie części kobiecego ubrania, łącznie z gorsetem, chociaż ten prawdopodobnie był elementem najwcześniej szytym z ciemnego, kupnego sukna lub aksamitu. Zimą, biały lub brązowo-miodowy kożuszek i chusta naturalnych kolorów. Na nogach kiyrpce z rzemiennymi lub kręconymi z wełnianych sznurów nawłokami.
W XIX w. w ludowym stroju kobiecym, zaczęły być popularne tkaniny drukowane. Od XVII w. na całym sąsiednim Spiszu i innych regionach górnych Węgier, tak zwane modre druki (blaudruki, modrotlacze), produkowane były na masową skalę. Były to tkaniny ciemnoniebieskie lub granatowe z białym wzorkiem stempelkowym. Płóciennicy z górnych Węgier przywozili modre druki na Jarmarki do Piwnicznej, na Sądecczynę i w inne regiony Karpat i Małopolski. Góralki Nadpopradzkie szyły z tego płótna głównie spódnice, rzadziej zapaski. W zespole Dolina Popradu, spódnica uszyta z modrotlaczu, przybrała nazwę błękiciora, jednak jej oryginalna nazwa to farbowanica lub farbówka.
Najdawniejszy ubiór męski to białe chołośnie (spodnie sukienne) i biała gunia (sukmana) sięgająca do połowy uda. W ciepłych miesiącach roku, mężczyźni nosili również ubrania lniane – koszule i spodnie.
Strój męski
Najstarsze koszule szyte były z płata płótna złożonego na pół, a do boków pod kątem prostym, doszywano rękawy z dwóch mniejszych płatów, również złożonych na pół. Rozcięcie pod szyją wykończone było osywką, w której był kanał, a w nim wciągnięty był sznurek lub wstążka. W ten sposób związywano koszulę pod szyją. Pod pachami wstawiano dwa małe kwadraty, złożone po przekątnej, zwane ćwiklikami.
Późniejsze koszule miały krój przyramkowy. Przy szyi wykończone stójką lub wykładanym kołnierzem, zapinane do połowy na guziki. Wzdłuż zapięcia, po obu stronach przeszywano po trzy zakładki (szczypanki). Koniec zapięcia na wysokości dołu klatki piersiowej, wykończony był prostokątem, zwanym kramelką lub prowdom. Kramelka zbierała i maskowała nadmiar płótna, który powstawał po wykonaniu zapięcia. Koszule przyramkowe miały na plecach prostokątny karczek, pod którym na środku, zebrany był nieco materiał. Rękawy były szerokie, zebrane w nadgarstku mankietem. Na ramionach przy nasadzie rękawów naszywane były prostokątne łaty, wzmacniające koszulę na ramionach. Czasem koszule haftowano wzdłuż zapięcia na piersiach. Koszule noszone do półciennych, lnianych spodni, wykładane były na wierzch i opasywane paskiem lub sznurkiem. Mogły sięgać nawet do kolan. Do sukiennych portek były zazwyczaj wpuszczane, więc były krótsze.
Spodnie noszono w dwóch odmianach. Wspomniane już lniane, zwano tu portkami, lub płóciokami, sukienne zwano chołośniami. Portki były szerokie, z rozporkiem na prawym boku, ozdobione dołem cyrką czyli mereżką i krótkimi frędzlami. Spodnie takie noszono w całej Małopolsce.
Chołośnie były wąskie, kroju góralskiego, sięgające do kostek, z dwoma przyporami i dwoma kieszeniami. Przypory zasłaniały od wewnątrz klapy, wystające ponad brzeg chołośni, wywijane na zewnątrz, zwisały i przykrywały przypory. Przypory i kieszenie były obszywane sznurkiem z czerwonej wełny lub lamowane czerwonym suknem. Lamowanie wokół przyporów i na brzegach kieszeni nazywano oblamkami. Wzdłuż szwu, biegnącego po zewnętrznej stronie nogawic i łączącego się na biodrach, wszywano pasemko czerwonego sukna, tak zwany wtocek. Szew ten mógł być również przykryty czerwonym sznurkiem. Końce nogawic na dole pozostawiano niezszyte na długości ok. 15 – 20 cm. Początek rozcięcia ozdobiony był kutosikiem, choć nie zawsze. Nogawice zszyte były tylko jednym szwem, biegnącym po zewnętrznej stronie. Wzdłuż obwodu w pasie chołośni, biegł szeroki kanał, w który wciągano pasek. Pierwotnie chołośnie były koloru białego lub siwego, a w ostatnim okresie występowania – brązowe. Zmiana koloru chołośni z białych na brązowe, nastąpiła w II dekadzie XX w. Wiązała się z nastaniem mody na gunie w formie austriackiej marynarki.
Na koszulę zakładano kamizelkę, w ciemnym kolorze z fabrycznego sukna na płóciennej podszewce. Kamizelki miały wyłogi jak marynarka z wycięciem lub półokrągłe i dwie kieszenie u dołu po bokach. Kamizelki noszono zapięte.
Zagrejcie zagrejcie w śtyry strony świata, niek jo se wytońcuje moje młode lata…
Muzyka nad Popradem się spotyka – z czterech stron świata: północy, południa wschodu i zachodu. Specyfika geograficzna regionu górali Nadpopradzkich i dawne wieloetniczne sąsiedztwo przewija się w motywach muzycznych. Nad Popradem spotykała się Ziemia Sądecka ze Spiszem i Rusią Karpacką – Rusią Szlachtowską i Państwem Muszyńskim. A pomiędzy nimi wędrowali muzykanci cygańscy z cygańskich enklaw w Rytrze, Złockim i Szczawnicy. Najstarszym instrumentem udokumentowanym w źródłach od XVI w. są dudy. Instrument polifoniczny, przez długie wieki solowo zapewniał obsługę muzyczną imprez w Beskidzie Sądeckim.
Na przełomie XIX i XX w. pojawiają się klasyczne składy kapel: skrzypce prym, skrzypce sekund i basy, niekiedy rozszerzone o więcej skrzypiec. W latach międzywojennych XX w. do tego składu dołączały czasem trąbka i klarnet. Nagrania dwóch kapel z naszego regionu w archiwum ISPAN-u, to kapele w składzie prym, sekund, basy. Są to: kapela z Zaczerczyka w Piwnicznej – Tadeusza Maślanki i kapela z Rytra – Józefa Kuliga (Madeja). Po latach różnych wariantów instrumentalnych, Zespół Regionalny Dolina Popradu wrócił do składu smyczkowego.
Współczesny taniec zespołu regionalnego, jest zawsze jakimś układem choreograficznym, ułożonym na potrzeby sceny. Gdyby jednak z całej grupy par tańczących w układzie, zostawić jedną, stanie się ona wyrazem ekspresji ruchu pojedynczej pary tak, jakby zespół i układ choreograficzny nie istniał. Można to traktować jako obraz pary indywidualnie tworzącej swój własny układ, z potrzeby własnego poczucia estetyki i wyrazu artystycznego.
Pary, tańczącej z sobą i dla siebie. Realizującej się artystycznie i emocjonalnie w tańcu. Będzie to obraz sposobu wyrażania uczuć dwojga ludzi przez taniec w dawnych czasach. W czasach dawnej kultury wiejskiej ekspresja uczuć i poczucia estetyki wyrażała się również w tańcu. Czasem jeszcze teraz i dawniej, można spotkać na weselu pary małżonków, którzy żyjąc ze sobą, również tańczą ze sobą i widać to w ich uniesieniu tanecznym. Taniec był elementem życia wspólnego, wspólnego zrozumienia. Był innym rodzajem dialogu, w którym środkiem wyrazu jest ruch, gest, dotyk, spojrzenie… Z tańców zbiorowych zespołów regionalnych można do dzisiaj „obrać”, jakby obierając pomarańczę, jedną szczególną cząstkę – parę, która tańczy swój taniec osobisty. I tak w dawnych czasach, taniec który u Górali Nadpopradzkich, jak na całej Sądecczyźnie, tworzył kład zbiorowy, układał się naturalnie z układów poszczególnych par. Układając się w większości przypadków po kole, wprowadzał porządek ruchu, konieczny do poruszania się w małej przestrzeni izby czy karczmy. Wszyscy tańczą do tej samej melodii a jednak każda para tańczy indywidualnie. Z opowieści wiemy, że taniec indywidualnej pary, jako forma prezentacji umiejętności i kunsztu tanecznego był tu spotykany. Oni tańczyli, reszta patrzyła. Potem, na znak tancerza zapraszani byli pozostali. Dołączali i tworzyli układ, uważając i obserwując parę pierwszą. W ten sposób także taniec, odzwierciedlał życie społeczności lokalnej, pozycję lidera i autorytetu. W Dolinie Popradu widzimy to w tańcu „Zamiatanym”, najczęściej rozpoczynającym występ. Taniec jest również formą spotkania. Często, to czego nie widziały oczy społeczności, jeśli chodzi o spotkanie pary zakochanych, mogły widzieć podczas ich tańca. Legalne, bliskie spotkanie, objęcie, dotyk w publicznym miejscu.
Etnomedycyna czyli po prostu medycyna ludowa towarzyszyła góralom nadpopradzkim przez wiele wieków. Ponieważ teren był górzysty, domostwa rozsiane po przysiółkach, czasem nawet tylko kilka gazdówek w grupie domów więc ludność musiała być samowystarczalna w leczeniu. Przez nasz teren przez wieki przetaczały się choroby i epidemie – spowodowane migracjami ludności, wojnami a także złymi warunkami higienicznymi. I tak np. w latach 1797, 1799-1803 – epidemia ospy, 1805-1806 – gorączka tyfusowa,1872-1873 cholera , już w XX wieku panowały tutaj tyfus plamisty, hiszpanka i czerwonka. To hamowało wzrost liczby mieszkańców, podobnie jak klęski żywiołowe czyli pożary i powodzie. Występowała duża śmiertelność ludności na skutek nieleczonych chorób. Jeszcze w XIX wieku Piwniczna i okolice nie posiadały stałego lekarza dlatego korzystano z usług znachorów lub stosowano domowe sposoby leczenia. To ciekawe zjawisko jest godne zapisania choćby tylko w formie hasłowych notatek, które zostały zebrane przeze mnie podczas wywiadów terenowych w nadpopradzkich miejscowościach od Żegiestowa po Rytro od II dekady XXI wieku do chwili obecnej a w latach 2012-2017 wspólnie z nieodżałowanym Dariuszem Rzeźnikiem – kierownikiem zespołu “Dolina Popradu” prowadziliśmy bardzo owocne rozmowy ze starszymi ludźmi. Z zebranego materiału powstał swoisty rejestr chorób i sposobów leczenia, mniej lub bardziej archaicznych i mniej lub bardziej zabobonnych ale też i takich zupełnie racjonalnych.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Wiedza o obrzędach dorocznych odchodzi z kolejnymi pokoleniami górali nadpopradzkich. Przez wiele lat stan badań w tym zakresie był skromny i wycinkowy. Sytuację poprawiała nieco działalność regionalistów skupionych wokół zespołu :Dolina Popradu” oraz etnografów z Muzeum Okręgowego w II połowie XX wieku. Dopiero jednak w XXI wieku – kwerendy, wywiady terenowe prowadzone przez kilku członków zespołu, studentów Studium Folklorystycznego przy MCK SOKÓŁ oraz cykl wywiadów prowadzonych na zlecenie tej instytucji – przyczyniły się do wzbogacenia wiedzy o tej obrzędowości. Opisana została szerzej w „Kulturze Ludowej Górali Nadpopradzkich od Piwnicznej i Rytra” (Kraków 2021).
Z badań wyłania się obraz pewnej zachowawczości w zachowaniach i kształtowania tych zachowań w warunkach obcowania z surową górską przyrodą. Ludzie przez wieki żyli w zamkniętych enklawach, w grupach domów lub licznych , rozsianych po górach przysiółkach. Żyli w rytmie natury, wyznaczanym przez pory roku. Wzory zachowań były przekazywane pokoleniowo kultywowanie zwyczajów stanowiło jakby rękojmię bezpieczeństwa. Przedstawiony poniżej „kalendarz obrzędowy” jest tylko częścią bogatej mozaiki obyczajowej, układanej z wiedzy niedoskonałej i fragmentarycznej , ubogaconej o garść informacji z obrzędowości rodzinnej (chrzest)oraz o opisy wykonywania niektórych ciekawych czynności.
Niedziela Palmowa
Ostatnia niedziele przed Wielkanocą nazywano Niedziela Palmową. Wtedy święcono palmy. Były to ok. 40cm gałązki z drzewa zwanego rokita razem powiązane sznurkiem, od dołu zostawiano ok. 30 cm rączkę do trzymania, potem od tych 30 cm, w górę przystrajano na przemian raz kwiaty z bibuły raz bazie, raz barwinek, strojąc wkoło palmy. Na samym czubku były gałązki z baziami. Palma często przystrojona była wstążkami z bibuły. Rękojeść obwinięta była specjalnie skręconym batem. Bat ten na wiosnę służył do smagania krów, przy pierwszym wyprowadzaniu na pastwisko żeby cały rok były zdrowe. Bazie z palmy podawano krowom, jedząc je miały zapewnione ze będą takie pulchne i okrągłe jak te bazie. Palme po przyniesieniu z kościoła stawiano w rogu okna w głównym pokoju. Palme przechowywano cały rok, a tę z zeszłego roku palono była poświęcona i nie można było jej wyrzucać.
W Wielki Czwartek niektórzy jeszcze pracowali w polu do południa. A gdy ucichły na kościele dzwony to kołatano kołatkami. W Piwnicznej chodzili do rogatek miasta kłapacze z kołatkami. A Wieczorem należało iść do kościoła na nabożeństwo, szedł każdy, kto mógł.
Ścinanie lubczyku
23 czerwca – Wilijo świętego Jona – to brama lata. Wtedy zwyczajowo ścinano sierpem lubczyk z ogródka, dorodne kępki ziela wiązano i suszono wieszając pod strzechą, w przewiewnym, nienasłonecznionym miejscu.
Uważano lubscyk nie tylko za ziele miłości ale i za antidotum na wiele innych schorzeń. Starsi powiadali: Na łoberwisko nic ino lubscyk – z gorcka nie wychodziuł. Gotowano go też z mlekiem.
W tym też okresie ścinano główki koniczyny na nasiona. Zioła w formie suszu lub nalewek były w każdej dawnej, nadpopradzkiej apteczce. Wiedza o ich właściwościach leczniczych była powszechna, a najgłębiej jej tajniki znali znachorzy, wśród nich najbardziej uważana „Morawiczka”.
Kopanie ziemniaków
Na nadpopradzkie pola przyszła jesień. Rozpoczęły się podorywki, siewy ozime i wykopki. Chociaż powtarzane było przysłowie: Od Michała do Jadwigi rosno zimioki na wyścigi. – to z kopaniem trzeba się było spieszyć.
Zaczynało się od skoszenia naciny, która w zimie była paszą dlo zywiny. Pomimo zmęczenia i bólu w krzyżach bywało, że po polach niósła się tęskna śpiewka. Wsypując ziemniaki do worków kobiety spozierały z zadowoleniem, że nie urokiem, zimioki łobrodziuły i zima bedzie syto. Na jesiennych zimiocyskach nad Popradem oprócz
mgieł często wędrowały dymy z ognisk – płonących radośnie i podsycanych przez śtucny wiater czyniony przez dziopskie błękiciory, ogień rozgrzewał zziębnięte bose stopy. W gorącym popiele piekły się ziemniaki, potem smakujące jak mecyje – jedzone
same dla wypróbowania czy gazda dobrą odmianę pomieniał na wiosnę, a potem z dobrze porną bryndzą.
Obieranie grochu
Latem i jesienią na nadpopradzkich polach widać było rzędy tyczek, wyrobionych wcześniej w lesie, którymi tyczono rośliny strączkowe – chętnie sadzone i dodawane do potraw, bo groch lubi kapustę , dobry jest na zupę a nawet zastępuje mięso. Bób, groch okrągły, groch piechotny (krasiaty) sadzony w fasyjkach między ziemniakami oraz groch tycny Jasiek. Niekiedy gazdynie obierały go prosto z tyczek. Ale najczęściej podrywano tyczki z grochem i z korzeniami przynoszono pod strzechę. Groch okrągły składano w kopy do wyschnięcia, potem młócono cepami na boisku (zawinięty w parytę ) i przepuszczano bez mójnek. Grochowiny rżnięto w sieczkarni i dodawano do paszy dla bydła i owiec.
Dopiero w zimie, jak był czas, kobiety łuskały i przebierały groch, często śpiewając przy tym.
Prace gospodarskie
Dawniej w grudniu robiono tyle co domu, w lesie i koło zywiny. Bo starsi uważali, że w grudniu nie wolno łorać w polu, nawet jak nie buło zimy bo ziemia łodpocywo. I nie wolno je rusać. A jak już przyszedł Adwent (Jadwient) to był czas na porządkowanie obejście i roboty naprawcze narzędzi. Ludzie pracowicie spędzali każdą chwilę.Chłopy strugali różne takie, oo gonty, części koła do wozu, łyżki i zęby, do grabi.
Naprawa narzędzi
Zęby do grabi. Na zęby potrzebne są nieduże kawałki drewna ,wszystkie ścinki jakie tylko znajdowały się w domu -jesionowe, najlepszy jesion na zęby wykorzystywało się- cięło się jeszcze klocki na długość zęba trzeba było poszczypać te klocki na ćwiartki z tych ćwiartek narobić jeszcze mniejszych elementów, tak żeby uzyskać zbliżony przekrój do przekroju zęba no i trzeba wystrugać kształt zęba zgrabnie następnie dopasować jedną stronę do otworu słupka no i nabić i tak poszczególne zęby po kolei a na końcu ostrugać ładnie obrobić wyrównać grabie
Toporzysko do siekiery trzeba wykorzystać drewno, które było wcześniej przygotowanie, w domach były tzw. polenia w których najróżniejsze kawałki drewna się przechowywało , wszystkie drzewo które było przygotowane do różnych elementów ono się suszyło przez zimę ,przez zimę też się wykorzystywało czas na różne naprawy takie roboty to się najczęściej robiło koło domu jak było cieplej ,jak zimno to można było w czarnej izbie, w piekarni takie czynności można buło wykonać. Jeśli chodzi o toporzysko do siekiery to najpierw strzępki wyciosać drewno materiał o takim przekroju prostokątnym mniej więcej żeby pasował do otworu siekiery ,do obucha, następnie trzeba było obrobić te krawędzie zaokrąglić, podciąć z jednej strony i dopasować do wielkości obucha , potem zaklinować zagłobić, no i ostrugać do końca na nabitej siekierze tak żeby nie wypadało. Na toporzysko używało się jesiona albo czasem leszczynę ona była miękka ale nie odparzała ręki, jesion był mocniejszy twardszy ale zdarzało się że po dłuższej pracy mógł odparzyć rękę.
Godnie święta
Czas świąt Bożego Narodzenia aż do Trzech Króli to bardzo ważny okres dla obyczajowości górali nadpopradzkich, zwanych czarnymi – zamieszkujących Piwniczną i okolice. Jak pisze Krystyna Kwaśniewicz w ROKU OBRZĘDOWYM (STUDIA Z KULTURY LUDOWEJ BESKIDU SĄDECKIEGO – Wydawnictwo PAN 1985) Święta te zbiegają się w czasie zimowym z przesileniem słońca, które niegdyś wyznaczało w sposób symboliczny początek roku gospodarczego i obrzędowego. Według miejscowej tradycji kulturowej, konkretnym dniem będącym zapowiedzią nowego roku, a zarazem wprowadzeniem do niego, jest w i g i l i a B o ż e g o N a r o d z e n i a (24 XII). Wiele spośród zwyczajów wiążących się z tym dniem, aby przetrwać do czasów obecnych – choćby w formie reliktowej – przebyło bardzo odległą i skomplikowaną drogę, pokonując czas i przestrzeń, a nierzadko także bariery etniczne i kulturowe.(…) Niemal wszystko, co dzieje się w tym dniu, urasta do rangi symboli i prognostycznych znaków wróżebnych, odnoszących się do problemów tak istotnych, jak całoroczna pomyślność w gospodarce rolnej i hodowlanej oraz w życiu domowo-rodzinnym i osobistym.
Na długo przed świętami rozpoczynały się przygotowania. Duchowym przygotowaniem dla pobożnej ludności góralskiej był udział w Roratach. Jeszcze nim się rozwidniło z gór do piwniczańskiego kościoła schodzili ludzie oświetlając drogę lampasami, widok ich błyskających światełek zostawał na długo w pamięci. Przeżywanie zarówno oczekiwania, przygotowania jak i samych świąt było bardzo głębokie. Widoczne też było przygotowanie materialne. Najwcześniej bielono z zewnątrz chałupy. W domu na święta zawsze robili porządki, szorowano podłogę, ale nie przystrajano jakoś specjalnie domu na ten dzień, jedynie podłaźniczką. Jeszcze podczas Adwentu wykonywano też liczne prace gospodarskie: Przędły len, wełne, skubały wełne, pierze z gęsi cy kacki. U nos skubały. Teroz sie nie schodzą. W grudniu nie wolno było orać w polu, nawet jak nie było zimy bo ziemia odpocywo. Wywozili obornik jak w grudniu był śnieg. Były wróżby od Łucji w każdy dzień znaczyli pogode i równali do lata, każdy miesiąc zapisywali. Świętami Godnimi nazywano cały okres Godów. Zaczynał się już 24 grudnia, bo właśnie Wigilia była szczególnie ważnym wróżebnym dniem, jak mawiali górale od Piwnicznej – Wilijo. Z okruchów opowiadań i wspomnień oraz nielicznych publikacji wyłania się fragmentaryczny obraz tego ważnego okresu.
MINI SŁOWNIK NIEKTÓRYCH WYRAZÓW ZWIĄZANYCH Z OKRESEM BOŻONARODZENIOWYM U GÓRALI NADPOPRADZKICH
Opracowała: Wanda Łomnicka-Dulak
(Przy opracowaniu korzystałam m.in. z wywiadów z okolic Piwnicznej i publikacji p. Marii Brylak-Załuskiej oraz zbiorów własnych. Jest to jedynie niewielka część wyrazów związanych dawniej z tym okresem)
Wywód
Zapomniane dziś słowo wywód oznaczało błogosławieństwo kościelne dla kobiet po urodzeniu dziecka. Przychodziły one do kościoła – obowiązkowo w białej chustce na głowie. Klękały i modliły się z zapaloną świecą, w piwniczańskim kościele odbywało się to przed bocznym ołtarzem w lewej nawie.
Zwyczajowo do momentu wywodu kobiecie nie wolno było m.in. pracować na własnym a tym bardziej na cudzym polu, zakaz ten był bardzo ściśle przestrzegany.
Podczas wywodu kapłan odmawiał modlitwy oraz błogosławił klęczące kobiety.
Była to dla nich ważna chwila- dlatego w wielkim skupieniu i z pobożnością modliły się dziękując Bogu za błogosławieństwo.
Dopiero po wywodzie kobieta mogła w pełni wrócić do swoich obowiązków a także uczestniczyć w życiu społeczności.
Chrzest
Ważnym wydarzeniem w życiu góralskiej rodziny był chrzest. Dawniej, nie odbywał się w czasie Mszy świętej, a rozpoczynano go przy wejściu do świątyni -w miejscu zwanym babieńcem, zwykle bez udziału matki, która, musiałaby wcześniej odbyć wywód, czyli błogosławieństwo udzielane położnicy.
Niegdyś powiadano, że dziecko samo przynosi sobie imię i za patronów przyjmowano świętych lub błogosławionych, których wspomnienie przypadało w dniu jego narodzin.
Bywało te, że dzieci imiona dziedziczyły po przodkach.
Tak kiedyś wyglądała ceremonia udzielania Sakramentu Chrztu świętego naszym nadpopradzkim przodkom. Ochrzczone dziecko łojcowie krześni wraz z łojcem,w modlitwie przed ołtarzem głównym, polecali opiece Patronki piwniczańskiej Parafii- Matce Boskiej Siewnej, polecali Maryji w Tajemnicy Jej Narodzenia.
Powijanie
Jeszcze do lat 60.XX wieku w niektórych, bardziej zachowawczych nadpopradzkich przysiółkach, dzieci były powijane. Po kąpieli, dziecko ubierano w koszulkę, kładziono wyprostowane, ręce miało koło siebie, potem jedną pieluchą – smatką zawijano głowę, kolejnymi obwijano tułów i nogi .Powijano smatkami poudziyranemi z lnianych prześcieradeł, a gdy było biednie nawet ze starych spódnic. Na końcu obwiązywano wąską krajką. Jak powiadały starsze kobiety.: Godali ze temu trza powijać zeby nie zepsuł sie kręgosłup, zeby sie dziecko nie chybło. Tam gdzie się kończyła stopka było ostatnie wiązanie.
Gwara piwniczańska należy do gwar mieszanych. Można odnaleźć tu wpływy: sądeckich Lachów, górali pienińskich, słowackiego Spisza, Łemkowszczyzny. Piwniczna od początków swego istnienia była miasteczkiem granicznym, przez które przebiegały trakty handlowe i komunikacyjne, stąd wpływy czeskie i węgierskie, oraz niemieckie( pozaborowe). Zasięg gwary górali nadpopradzkiej pokrywa się ze stosownym obszarem wyznaczanym w opisach etnograficznych. Główne miejscowości tego regionu to: Piwniczna Zdrój, Rytro. Spośród kilkudziesięciu opisanych cech gwary nadpopradzkiej trzeba wymienić. Pozostałe są opisane w 3 słownikach gwarowych opracowanych przez Krystynę Dulak-Kulej i Wandę Łomnicką-Dulak oraz na stronie Etnozagroda – Górale nadpopradzcy. W słownikach znajduje się też kilka tysięcy słów, z których niektóre są bardzo archaiczne.
Przejście szczelinowych sz, cz, ż w s, c, z. Zboże – zboze, czekaj – cekej, szczotka – scotka, półkoszek – pókosek, początek – pocontek, folusz – folus, smreczek – smrecek, czwarty – cworty, poczęstunek – pocenstunek, żaba – zaba, skarżyć – skarzyć.
Wyobraź sobie góralski dom, który jest zbudowany jak ludowy kosmos. Kosmos ludowy może trochę miał z kosmosu Ptolemejskiego, nie miał nic z Kopernikańskiego, ale w zasadzie był to jeszcze jeden odrębny system – ludowy obraz świata. Wchodzisz w sień domu, która dzieli dom jak świat, na dwie połowy: powszednią i świąteczną. Czarną i białą. Z centralnie położonej sieni wchodzisz do czarnej izby – piekarni lub białej izby – świetlicy. Piekarnia to codzienny góralski dzień, gotowanie, praca, opieka, bydło, młody drób, piec z nalepą wielki jak zamek, dym i sadza… Świetlica to góralski dzień świąteczny, bielona wapnem, najczęściej bez pieca, więc i bez dymu, święty obraz, dwie pościele – chociaż nie do spania … Śpi się w piekarni na ławach, na strychu, w stodole, w szopie.. Tak więc widzisz pierwszą opozycję – horyzontalną: prawo – lewo, dzień – noc, świąteczne – powszednie, czarne – białe… Druga opozycja jest wertykalna czyli pionowa. Strych z sianem i różnym dobrem, z rzeczami wyniesionymi, już nie używanymi, miejsce letniego snu. Jest tam też miejsce na „sen” wspomnień, kiedy wyjdziesz i zobaczysz coś co wyniesiono nieużywane a pamiętasz to z dzieciństwa. Strych to niebo domu. W sieni, która jest osią domu, a skoro dom jest kosmosem, to jest osią kosmosu – jest wykopany loch. Czeluść na zimowe zapasy. Sklepiona z kamieni piwnica, ciemna, z jedynym sypnikiem z zewnątrz, do zsypywania ziemniaków, buraków. Sypnik jest tak wąski, że się nim nie wydostaniesz.
Strych to niebo domu. W sieni, która jest osią domu, a skoro dom jest kosmosem, to jest osią kosmosu – jest wykopany loch. Czeluść na zimowe zapasy. Sklepiona z kamieni piwnica, ciemna, z jedynym sypnikiem z zewnątrz, do zsypywania ziemniaków, buraków. Sypnik jest tak wąski, że się nim nie wydostaniesz.
Uważaj wchodząc do sieni, abyś nie wpadł w otwarty loch – podziemie domu, ciemne i nieprzeniknione. Straszne dla dzieci, którym grożą, że zostaną w nim zamknięte, jeśli będą niegrzeczne. Masz więc opozycję: góra dół. Niebo i podziemie czyli dwie strefy zaświatów a pomiędzy nimi, na powierzchni – piekarnia i świetlica – teraźniejszość i codzienność. Życie doczesne. Granicą tego świata jest próg sieni. Bez Boga ani do proga – mówi przysłowie. Za tą granicą jest świat obcy. Tutaj w domu jest nasz świat, swój. I to jest kolejna opozycja swój – obcy. Dlaczego nie witamy się przez próg? Zabobon? Nie. Żeby się przywitać, podać rękę, trzeba pojednać światy. Obcy, który przychodzi musi wejść na twoją stronę, do twojego świata lub ty, musisz przejść na jego stronę. Wyjść mu na spotkanie. Wtedy można sobie podać rękę.
Nad kwadratem izby u powały – czyli sklepienia – w miejscu gdzie na centralnym tragarzu rzezany jest znak solarno – lunarny, w okresie świąt Bożego Narodzenia, wisi podłaźniczka. Drzewo świata, dobra i zła, mały świerk wiyrchem w dół. Do niego uwieszony świat z opłatka czyli sferyczna bryła niby kula. Kula chleba. Nad kwadratem ziemi kula chleba. Kwadrat to ziemia. Kula to niebo. Nad głodną ziemią, niebo z chleba. Codzienne marzenie człowieka – chleb powszedni. Dzisiaj kiedy wszyscy wszystkiego mają pod dostatkiem, trudno jest zrozumieć pierwotne pragnienia. Chleba!
Jednym z typów zagród Górali Nadpopradzkich był układ czworoboku, który tworzył osobno stojący dom oraz stajnia i stodoła pod jednym dachem, chlewy i owczarnie. Jeden bok czworoboku stanowił sztachetowy płot zwany okołem i wrota. Domy biedniejszych gospodarzy miały tylko jedną izbę, zarazem kuchnię i obszerną sień. Zdarzał się również dom i stajnia pod jednym dachem. Pierwotnie w piekarni trzymano również bydło. Kiedy zaczęto usuwać bydło z piekarni dobudowywano stajnie obok piekarni, robiąc bezpośrednio drzwi do stajni. Tak powstawał ciąg pomieszczeń pod jednym dachem. Przy zakładaniu zrębu domu dawano pod węgło pieniądz i dziurawiec zwany dzwonkiem, lub boże drzewko. Ziele to miało stanowić ochronę przed diabłem. Przed zasiedleniem, do nowego domu wrzucano kota lub psa, aby na nie przeszły wszystkie choroby, które się w nowym domu znajdują.
Podstawą pożywienia Górali Nadpopradzkich były płody z uprawy dość nieurodzajnej ziemi: zboża, czasem tylko owies, ziemniaki i warzywa – kapusta, karpiele a także grochy oraz owoce z nielicznych sadów; (swoistą góralską omastę stanowiły suszki – suszone śliwy i inne owoce). Znane są wspomnienia kiedy ośmioosobowa rodzina musiała przeżyć zimę o beczce kapusty, ziemniakach i owiesku. Chleb nie był podstawą wyżywienia, raczej jedzono placki. Starsi podkreślają, że więcej się jadło gotowanego: Ludzie jedli śniodanie gotuwane, gotuwali zimioki i cyr z razowe mókł. Zyto sie mełło, pszenice sie mełło, jęcmień do Sikorskif do Mojna, na południe placki, kluski ze zimioków. Wiecerza placki ze zimioków z mlykiem słodkiem abo kwaśnem cy zimioki polone abo na przychlipke. Drugim źródłem pożywieni była hodowla; wykorzystywano różnego rodzaju sery robione z mleka krowiego, owczego niekiedy koziego. Wyrabiano też bundz owczy i przetwarzano na bryndzę. W biedniejszych domach masło, śmietana, bryndza ze śmietanom należały do rzadkości. Maszczono przeważnie olejem lnianym. Raz , czasem dwa razy do roku zabijano „kluto świnię”. Mięsa było niewiele więc dobry „koloc” specjalizował się w wyrobie kiszki, kiełbasy i salcesonu. Przez solenie konserwowano słoninę, bardzo popularny był wyrób sadła. Starsi gazdowie jadąc do lasu zabierali placek ze spyrkom. Produkty te przechowywano na strychach w tzw. spyrnikach.
Wypijano dużo mleka słodkiego i kwaśnego, serwatki, herbaty ziołowe a bardzo często zwykłą wodę. Nad Popradem także kwaśną, czyli mineralną wodę. Uzupełnieniem diety czarnych górali były owoce leśne i grzyby, najczęściej suszone. Jajek spożywano niezbyt dużo, ponieważ były sprzedawane a pieniądze zlońcano i przeznaczano na zakup najpotrzebniejszych artykułów. Rosołek kurzy gotowano przeważnie chorym czy rekonwalescentom. Bardzo ważną sprawa było pieczenie chleba raz w tygodniu. w ilości niezbędnej do wyżywienia rodziny – robiono podpłomyki – przysmak dzieciństwa. Piec chlebowy musiał być czysty, starannie wymieciony. Z poprzedniego pieczenia gospodyni zostawiała zakwas, robiła rozczynę a po jej podrośnięciu wyrabiała bochenki długo i starannie. Ważne było przygotowanie pieca, zapalenie w piecu piekaszkim szczapami najlepiej świerkowymi nie bukowymi. Przed rozpoczęciem wypieku kobieta się żegnała. Po wyrobieniu ciasta w dziyzce na stolnicy formowało się bochenki, wkładano do koszyczków ze słomy i czekano aż dalej podrosną. Gdy piec był nagrzany – ogień wygarnywano z pieca do starego wiadra blaszanego – cioskiem.
Chcesz dowiedzieć się więcej o naszych występach, strojach lub działalności? A może masz inne pytania? Wypełnij formularz – skontaktujemy się z Tobą tak szybko, jak to możliwe!
Made with passion by Appricotsoft | © 2025 All rights reserved
Najdawniejsza odzież Górali Nadpopradzkich, wpisana była w kontekst kultury Karpat i jej różnorodnego i wieloetnicznego pochodzenia. Wiele analogii w stroju Górali Nadpopradzkich znajdujemy na całym obszarze Karpat, a szczególnie polskich i słowackich oraz regionów przyległych. Podstawę stanowił produkowany w gospodarstwach samodział: lniany, konopny i wełniany, oraz skóry bydlęce, świńskie i baranie. Były to zatem ubrania wykonywane z lnianego, niebarwionego płótna lub sukna naturalnych kolorów, od białego, przez szare i brązowe. Kobiety w całości ubierały się na biało. Z lnianego samodziału szyto wszystkie części kobiecego ubrania, łącznie z gorsetem, chociaż ten prawdopodobnie był elementem najwcześniej szytym z ciemnego, kupnego sukna lub aksamitu. Zimą, biały lub brązowo-miodowy kożuszek i chusta naturalnych kolorów. Na nogach kiyrpce z rzemiennymi lub kręconymi z wełnianych sznurów nawłokami.W XIX w. w ludowym stroju kobiecym, zaczęły być popularne tkaniny drukowane. Od XVII w. na całym sąsiednim Spiszu i innych regionach górnych Węgier, tak zwane modre druki (blaudruki, modrotlacze), produkowane były na masową skalę. Były to tkaniny ciemnoniebieskie lub granatowe z białym wzorkiem stempelkowym. Płóciennicy z górnych Węgier przywozili modre druki na Jarmarki do Piwnicznej, na Sądecczynę i w inne regiony Karpat i Małopolski. Góralki Nadpopradzkie szyły z tego płótna głównie spódnice, rzadziej zapaski. W zespole Dolina Popradu, spódnica uszyta z modrotlaczu, przybrała nazwę błękiciora, jednak jej oryginalna nazwa to farbowanica lub farbówka.
Najdawniejszy ubiór męski to białe chołośnie (spodnie sukienne) i biała gunia (sukmana) sięgająca do połowy uda. W ciepłych miesiącach roku, mężczyźni nosili również ubrania lniane – koszule i spodnie.
Strój męski
Najstarsze koszule szyte były z płata płótna złożonego na pół, a do boków pod kątem prostym, doszywano rękawy z dwóch mniejszych płatów, również złożonych na pół. Rozcięcie pod szyją wykończone było osywką, w której był kanał, a w nim wciągnięty był sznurek lub wstążka. W ten sposób związywano koszulę pod szyją. Pod pachami wstawiano dwa małe kwadraty, złożone po przekątnej, zwane ćwiklikami.
Późniejsze koszule miały krój przyramkowy. Przy szyi wykończone stójką lub wykładanym kołnierzem, zapinane do połowy na guziki. Wzdłuż zapięcia, po obu stronach przeszywano po trzy zakładki (szczypanki). Koniec zapięcia na wysokości dołu klatki piersiowej, wykończony był prostokątem, zwanym kramelką lub prowdom. Kramelka zbierała i maskowała nadmiar płótna, który powstawał po wykonaniu zapięcia. Koszule przyramkowe miały na plecach prostokątny karczek, pod którym na środku, zebrany był nieco materiał. Rękawy były szerokie, zebrane w nadgarstku mankietem. Na ramionach przy nasadzie rękawów naszywane były prostokątne łaty, wzmacniające koszulę na ramionach. Czasem koszule haftowano wzdłuż zapięcia na piersiach. Koszule noszone do półciennych, lnianych spodni, wykładane były na wierzch i opasywane paskiem lub sznurkiem. Mogły sięgać nawet do kolan. Do sukiennych portek były zazwyczaj wpuszczane, więc były krótsze.
Spodnie noszono w dwóch odmianach. Wspomniane już lniane, zwano tu portkami, lub płóciokami, sukienne zwano chołośniami. Portki były szerokie, z rozporkiem na prawym boku, ozdobione dołem cyrką czyli mereżką i krótkimi frędzlami. Spodnie takie noszono w całej Małopolsce.
Chołośnie były wąskie, kroju góralskiego, sięgające do kostek, z dwoma przyporami i dwoma kieszeniami. Przypory zasłaniały od wewnątrz klapy, wystające ponad brzeg chołośni, wywijane na zewnątrz, zwisały i przykrywały przypory. Przypory i kieszenie były obszywane sznurkiem z czerwonej wełny lub lamowane czerwonym suknem. Lamowanie wokół przyporów i na brzegach kieszeni nazywano oblamkami. Wzdłuż szwu, biegnącego po zewnętrznej stronie nogawic i łączącego się na biodrach, wszywano pasemko czerwonego sukna, tak zwany wtocek. Szew ten mógł być również przykryty czerwonym sznurkiem. Końce nogawic na dole pozostawiano niezszyte na długości ok. 15 – 20 cm. Początek rozcięcia ozdobiony był kutosikiem, choć nie zawsze. Nogawice zszyte były tylko jednym szwem, biegnącym po zewnętrznej stronie. Wzdłuż obwodu w pasie chołośni, biegł szeroki kanał, w który wciągano pasek. Pierwotnie chołośnie były koloru białego lub siwego, a w ostatnim okresie występowania – brązowe. Zmiana koloru chołośni z białych na brązowe, nastąpiła w II dekadzie XX w. Wiązała się z nastaniem mody na gunie w formie austriackiej marynarki.
Na koszulę zakładano kamizelkę, w ciemnym kolorze z fabrycznego sukna na płóciennej podszewce. Kamizelki miały wyłogi jak marynarka z wycięciem lub półokrągłe i dwie kieszenie u dołu po bokach. Kamizelki noszono zapięte.
Dawnym męskim okryciem wierzchnim były sukienne gurmany. W omawianym regionie występowały zarówno długie gurmany jak i krótkie gunie.
Najbardziej archaiczna to biała gunia sięgająca do połowy ud o kroju poncho podłużne tzn., że przód i tył wykonany był z jednego płatu sukna, złożonego na pół. Szerokość sukna nie wystarczała na rękawy, więc mniej więcej od wysokości łokcia rękawy były sztukowane. Sukno na gunie i gurmany zszywano przed folowaniem z dwóch brytów. Po folowaniu szwu nie było widać.
Gunia wokół szyi wykończona była stójką a na wysokości talii miała wstawiane kliny zwane „skrzydłami”. Stójka i część prawej krawędzi zapięcia od góry była lamowana czerwonym suknem. Ponadto wszystkie krawędzie oprócz dolnej, były obszywane czerwonym sznurkiem. Z prawej strony zapięcia na wysokości piersi miała zdobinę w postaci charakterystycznego kogutka z czerwonego sukna. Kogutek, jest wspólny dla polskich i ruskich górali Beskidu Sądeckiego i Rusinów Szlachtowskich.
Gurmany zanikły w regionie w dwudziestoleciu XX w. Jedną z nich była długa gurmana z płochami. Lamowana czerwonym suknem i ozdobiona dwoma rzędami guzów na czerwonych paskach sukna wzdłuż zapięcia na piersiach. W innym wariancie, zamiast guzów miała haftowane czerwone gwiazdki a w Rytrze jedynie linię wąskiego haftu. Miała z tyłu dwa zbierane kliny i dzięki temu była mocno rozkloszowana dołem. Z lewej strony rząd guzów biegł po skosie. Po założeniu prawej poły gurmany na lewą i opasaniu pasem, oba rzędy guzów schodziły się obok siebie. Gurmany z płochami miały krój modyfikowanego ponczo. Dziś już zapomniany.
Noszono je w Suchej Strudze, Rytrze i Przysietnicy. Występowały w kolorze białym i brązowym.
Tak gunie jak gurmany, dolną krawędź miały nie wykończoną ani zdobioną, co odróżniało je od gurman lachowskich.
Ostatnią najmłodszą formą, występującą od początku lat dwudziestych XX w. była gunia w formie austriackiej marynarki. Krótka, z kieszeniami, zapinana na guziki, ze stójką i wyłogami. Krawędzie lamowano kolorowym materiałem (czarnym, zielonym, niebieskim). Tym samym materiałem obszyta była stójka, wyłogi i naszyte dwa pasy szerokości kilku centymetrów na końcach rękawów. Aplikacje z kolorowego sukna często miały krawędzie wycinane w drobne ząbki. Na stójce i pasach materiału na rękawach przeszyte były, lub wyhaftowane ściegi geometryczne. Szyta była głównie z brązowego sukna. Miała kieszenie przykryte patkami o trzech „zębach”, jak u mundurów austriackich. Dolne kieszenie były prawdziwe, wyżej na piersiach były tylko patki imitujące kieszenie. Niekiedy, pomiędzy dolnymi i górnymi patkami, naszywano skośnie jeszcze dwie duże patki, imitujące lub skrywające dodatkowe kieszenie. Gunie zapinane były na guziki, ozdobione pęczkami czerwonej włóczki, przymocowanymi nicią, którą przyszyto guziki. Niekiedy guzików było więcej niż potrzeba. Guzikami przymocowane były rogi wyłogów. U nasady górnych patek, przyszyte były po trzy guziki. Zapięcie guń mogło być jedno lub dwurzędowe. Zimą, pod gunię zakładano serdak. Przed II Wojną Światową, gunie zaczęły przybierać formę krótkich płaszczy.
Do opasywania chołośni jak i koszuli na wypust, używano długiego na ok. 2, 5 – 3 m, i szerokiego na 2-3 palce paska, zwanego kawalerskim. Pasek wciągano do osywki czyli szerokiego kanału w chołośniach. Po zapięciu na sprzączkę, pozostała część opasywała luźno biodra. Koniec paska zakończony pętelką z czerwonego sznurka, zapinany był na guzik przyszyty w tym celu do paska lub zawiązywany tym sznurkiem. Część paska, która biegła na zewnątrz, była wybijana wzornikami i ćwiekami. Pasek opasywany na koszuli widoczny był w całości i wtedy okręcał biodra nawet trzy razy.
Drugi rodzaj to pasy szerokie. Miały od dwóch, do sześciu sprzączek wykonanych z drutu. Pasy były wykonywane ze skóry bydlęcej lub świńskiej, wybijane wzornikami, nabijane ćwiekami i mosiężnymi cętkami. Zakładano je zarówno do chołośni jak i do płócioków. Szerokie góralskie pasy to rodzaj archaicznej zbroi chłopskiej. Rany w okolice jamy brzusznej były znacznie bardziej niebezpieczne niż rany innych części ciała. Nie bez intuicji Matejko ubiera w taki pas Mieszka I.
Mężczyźni często, zamiast kamizelki nosili serdaki w kolorze pomarańczowym lub białym – zwłaszcza w Łomnicy. Serdaki miały wąskie, czarne, karakułowe oprymy wzdłuż zapięcia i dołem. Miewały również małe wywijane kołnierze i po dwie kieszenie naszywane na wierzch. Zapinane były na skórzane guzy i plecione pętelki. Serdaki zwano spencerkami. Zdobione dołem i wzdłuż zapięcia skórką safianową, wycinaną brzegiem w falę. W szwy łączące poszczególne części serdaka, wszywane były dodatkowe paski skórki złożone na pół, które po przeszyciu układały się w drobny zygzak.
Inny rodzaj, to serdak przypominający kamizelkę. Bez oprym, z brzegami gładko obszytymi wąskim paskiem skórki, tej samej, z której wykonano serdak. Serdak miał pod szyją rozcięcie w serek, zapinany był rzemiennymi pętelkami, na dwa lub trzy guzki skórzane lub pary guzków po obu stronach zapięcia. Dolne rogi zapięcia, były zaokrąglone, szwy wykończone jak wyżej. Ten rodzaj serdaka nosili ludzie starsi do lat powojennych XX w.
Analizując fotografie z okresu międzywojennego widać, że typowym wówczas, zimowym ubraniem kobiecym był krótki kożuszek, natomiast mężczyźni noszą wyłącznie gunie i serdaki pod spodem.
Tradycyjnym nakryciem głowy był kapelusz góralski z czarnego filcu o wąskiej kani (rondzie), której krawędzie często wywinięte były lekko do góry. Główkę otaczał czerwony lub czarny sznurek z pętelkami (panclikami) na końcach. Na pograniczu spiskim, noszono również kapelusze spiskie (uherskie), z kanią wywiniętą pionowo do góry. Takie kapelusze były również popularne u Rusinów nad Popradem. Zaopatrywano się w nie u klobucników w Starej Lubowni.
Od początku XX w. noszono również różnego rodzaju kapelusze „miejskie”.
W czasie zimowym, noszono dwa rodzaje czapek. Jedną z nich była czarna czapka barankowa, w całości szyta z karakuła, futerkiem na wierzch, z zagiętym do środka denkiem Czapki te (baranówki, baranice), mogły być w formie walca lub w formie zbliżonej do tak zwanej furażerki.
Druga, to popularna w Karpatach czapka sukienna, zszywana na krzyż z czterech sferycznych płatów. Szyta z granatowego sukna, z futrzanym pomponikiem, podszyta barankiem, z oprymami karakułowymi, wywijanymi do góry. Wywinięte do góry oprymy, w razie zimna można było spuszczać na uszy. W związku z tym, była to tak zwana copka spuscano.
Zamożni gazdowie nosili zimą długie, białe kożuchy, zbierane w pasie w fałdy z szerokim, wykładanym na ramiona kołnierzem i oprymami przy rękawach. Noszono również prostszą wersję kożucha, zapinanego na pętelki z guzami ze skóry. Był krótki do bioder i zdobiony tak jak serdak. W Przysietnicy były to kożuchy wyrobu starosądeckiego, więc był to prawdopodobnie tzw. kożuch węgierski, lecz trudno dziś powiedzieć jak, był zdobiony. Dopełnieniem zimowego odzienia były wełniane rękawice z jednym palcem, „tkane na desce”.
Obuwie mężczyzn i kobiet, to znane w całych Karpatach, kiyrpce (kurpiele). Chociaż na co dzień, od wiosny do jesieni, przeważnie chodzono boso – zwłaszcza dzieci. Kiyrpce szyto ze spyrcanej (surowej świńskiej) skóry lub z kupowanej u Żydów skóry dębionej. Kiyrpce z świńskiej skóry nadawały się do chodzenia tylko latem. Kiyrpiec wykonany był z jednego, prostokątnego kawałka skóry. Brzegiem wzdłuż dwóch boków prostokąta odcinany był rzemień. Następnie rzemień przewlekany był przez nacięcia wzdłuż jednej krawędzi skóry od narożnika (palców) gdzie był przytwierdzony aż do pięty. W ten sposób bez żadnych nacięć formujących wykonana była ciżma, szczelna od spodu, której wszystkie krawędzie zawinięte były do góry. Następnie po namoczeniu w ciepłej wodzie, wkładano w niego formę w kształcie stopy, wyrżniętą z deski. Po wyschnięciu kiyrpiec był gotowy. Do końca rzemienia który zszywał i formował kiyrpca, dowiązywana była na pięcie nawłoka – rzemień długości ponad 2 m – która służyła do przymocowania kiyrpca do nogi. Nawłoki często skręcano z wełny, wówczas były jeszcze dłuższe i owijały nawet pół łydki. Mężczyźni okręcali nawłoki po wierzchu nogawek. Zdobienia wykonywano bukowymi stempelkami, na mokrej skórze. Do kiyrpiec zakładano lniane lub konopne cółki (onuce). Skarpety nauczono się dziergać dopiero na początku XX w.
W kiyrpcach ciężko było chodzić zimą, ponieważ ze względu na brak podeszwy, były bardzo śliskie. Zapobiegano temu zakładając pod kierpce rapcie. Były to małe metalowe raki o czterech zębach, zakładane na śródstopiu i przewiązywane przez wierzch stopy rzemieniem.
Na przełomie XIX i XX w. zaczęły się pojawiać u Górali Nadpopradzkich wysokie, skórzane buty z cholewami, koloru naturalnej skóry (żółte) lub czarne. W okresie międzywojennym nazywano je oficerkami. Jednak tylko najzamożniejsi mogli sobie na nie pozwolić. Buty miały cholewki marszczone w kostce, ale nie były to karby, jak przy butach lachowskich.
Jednym z dodatków do dawnego męskiego przyodziewku, był woreczek na tytoń zwany miechórem lub wackiem. Miechór wykonany był z pęcherza świńskiego (macherzyny), a jego brzegi wykończone były skórką ozdobioną treczkami. Tworzyło to rodzaj sakiewki z wieloma skórzanymi frędzlami z rzemyków, ozdobionych muszelkami, guzikami, starymi monetami, itp. Do rzemyków był również przymocowany „zestaw” do czyszczenia fajki i ewentualnie kozik (scyzoryk). Miechór wkładano za pas lub chowano w rozcięciu gurmany na wysokości pasa od strony wewnętrznej, a wszystkie te ozdobne „wisiorki” zwisały z tyłu na zewnątrz. Noszono również prostokątne torby, z klapą ze skóry bydlęcej, lub borsuczej. Do wykonania torby ze skóry borsuczej wykorzystywano całą skórę z głową zwierzęcia. Część skóry z głową i przednimi łapami tworzyła paradną klapę torby.
Strój kobiecy
Podstawę dawnego stroju kobiecego stanowił lniany samodział, naturalnego koloru. Z niego, jak wyżej wspomniano, szyto wszystkie elementy kobiecego przyodziewku. Biały strój kobiecy, a także biały kożuch na zimę, był poświadczony w regionie przez osoby urodzone pod koniec XIX. Kobiece ubrania z sukiennego samodziału nie są w źródłach notowane, ale można przypuszczać, że podobnie jak na Spiszu i w innych częściach Karpat, mogła występować w omawianym regionie jakaś forma damskiej sukmany. Być może jej pozostałością był wełniany kaftanik. Możliwe również było wykonanie, w warunkach domowych, wełnianej chusty naramiennej.
Koszule szyto z płótna lnianego. Odświętne szyto z płótna najlepszej jakości, a od pasa w dół (nadołek), z grubszego, zgrzebnego materiału. Koszule do pracy i na co dzień szyto w całości zgrzebne. Z koszul noszonych przez kobiety nad Popradem, możemy wyróżnić kilka rodzajów. Pierwsza z nich biała, z kołnierzem w formie kryzy lekko zbieranej przy szyi, zapinana do połowy długości od góry. Rękawy proste, umiarkowanie obszerne, ujęte w mankiet z falbanką, delikatnie zbierane na szczycie ramienia w miejscu wszycia rękawa. Kołnierz, ozdobna listwa guzikowa i falbanki rękawów, haftowane były brzegiem, białym haftem ażurowym. Koszule te noszono pod gorset.
Drugi rodzaj koszul, szyty podobnie jak poprzednia, z prostym kołnierzykiem o lekko zaokrąglonych rogach, z węższymi rękawami, zakończonymi osyweckom – wąskim mankietem zapinanym na guzik. Były to również koszule odświętne, ale mogły mieć bardziej codzienny charakter.
Podobne do nich w kroju, były bluzki dwurzędowe o wyraźnie uroczystym charakterze. Noszone bez gorsetu. Widzimy je na zdjęciach ślubnych. Miały dwurzędowe zapinanie, zdobione dwoma rzędami guzików. Krawędzie rękawów, mankietów i zapięć, wykończone były lamówką z wąskich taśm, tego samego lub innego koloru. Po oby stronach zapięcia po dwie, trzy zakładki (szczypanki).
Inny jeszcze rodzaj to bluzki krótkie, sięgające nieco poniżej talii, wypuszczane na wierzch spódnicy. Tak jak poprzednie noszone bez gorsetu. Białe lub kolorowe, z kupnego materiału, zazwyczaj w drobne motywy roślinne lub geometryczne. Pod szyją miały stójkę, rzadziej kołnierzyk. Rękaw zakończony zapinanym na guzik mankietem lub bez mankietu, z rękawem otwartym tzw. gaćkowatym. Zapinane z przodu na guziki, na całej długości. Wzdłuż zapięcia po obu stronach od jednej, do kilku zakładek. Zakładki przy bluzkach mogły być od piersi w dół okresowo wypruwane i jedynie zaprasowane, wtedy bluzka służyła również w czasie ciąży.
Najbardziej reprezentacyjna, odświętna, to szeroka na pięć lub sześć półek, (szerokości płótna z domowego warsztatu tkackiego) spódnica z modrotlaczu zwana w zespole Dolina Popradu błękiciorą. Szyta z płótna drukowanego, mocno marszczona w pasie. Oprócz tego, kobiety szyły również spódnice z fabrycznego materiału (jedwabne, wełenkowe, bawełniane). Były to materiały najczęściej jednokolorowe, o żywych kolorach dla młodszych a bardziej stonowanych (czarne, granatowe, brązowe) dla starszych. Odświętne spódnice miały dołem dwie lub trzy poziome zakładki, lub naszyte wzdłuż obwodu dwie lub trzy taśmy. Mogła to być też kombinacja taśm i zakładek. Brzeg spódnicy dla usztywnienia, podbity (podszyty) był od wewnątrz pasem materiału szerokości kilkunastu centymetrów.
Jej dolną krawędź chroniła tak zwana szczotka. Dzisiaj jeszcze takie wykończenie mają sutanny duchownych. Szczotka chroniła brzeg spódnicy przed strzępieniem się i dodatkowo go usztywniała.
Na co dzień w gospodarstwie, chodziły kobiety w lnianych samodziałowych spódnicach, naturalnych kolorów. Często też, dla oszczędności materiału, przód spódnicy, przykryty zapaską, szyto z gorszego płótna.
Kobiety zakładały po kilka spódnic. Pod spód szły starsze i gorsze, na wierzch najlepsza. Miało to na celu z jednej strony podkreślenie bioder, zgodnie z tradycyjnym kanonem urody: „Tako mi się podobo, co syrokie krzyze mo, a nie takie fifidło, co wyglondo jak sydło”. Z drugiej strony, zwielokrotnienie dolnych warstw odzieży, stanowiło zabezpieczenie związane z brakiem bielizny osobistej. Podobną rolę spełniał też nadołek koszuli.
Jako bieliznę pod spódnice, nosiły kobiety spódnice spodnie (halki) uszyte z kilku półek lnianego płótna, obficie marszczone, dołem ozdobnie wycinane i haftowane lub wykończone pasem koronki.
Przód spódnicy chroniła zapaska. Zapaska długością równała się ze spódnicą i osłaniała co najmniej pół obwodu spódnicy z przodu. Zapaski były różnego koloru: dziewczęta i młode kobiety nosiły białe, starsze kobiety – ciemne lub zupełnie czarne, zdarzały się również z modrotlaczu. Jednak najczęściej w każdym wieku i stanie, noszono lniane białe. Zapaska zdobiona była drobnymi, poprzecznymi zakładkami, szerokości ok. 1 cm. Mogła być ozdobiona haftem, oraz koronkowymi wstawkami. Elementy zdobienia układały się w poziome pasy, w różnych układach kompozycyjnych. Dołem mogła być poszerzona szeroką falbanką z tego samego materiału.
Brzeg zapaski, był często ozdobnie wycinany i obrabiany haftem lub ściegiem szydełkowym.
Nieodłączna część garderoby kobiecej – gorset, spełniał swoją praktyczną funkcję stonika i taka jest jego geneza. Pierwotnie był prosty jak lejbik, bez ozdób. Z czasem pojawiły się dołem kaletki i poczynając od prostego ozdabiania brzegów po hafty i paciorkowe mozaiki. Gorsety Góralek Nadpopradzkich osiągnęły swoje ‘najokazalszej’ formy w okresie międzywojennym.
Najbardziej archaiczne – koloru czarnego, zdobione były wzdłuż zapięcia jedną lub dwoma kolorowymi taśmami, na przemian z haftowaną prostym ściegiem falą przetykaną kropkami. Fala obiegała brzeg dekoltu oraz szelek. Kolory taśm i haftów: fioletowy i niebieski na przemian z zielonym i czerwonym, żółte kropki. Brzegi kaletek obwiedzione były prostym ściegiem haftu lub bez dobień. Brzegi zapięcia mały zakuwane dziurki na wstążkę. Brzeg dekoltu często wycinany był w drobne w ząbki.
W okresie międzywojennym popularne stało się zdobienie gorsetów haftami w motywy kwiatowe lub wyszywanie szklanymi paciorkami. Motywy te układały się najczęściej w formę drzewka o jednej łodydze. Na plecach większe i odpowiednio mniejsze z przodu, po obu stronach zapięcia. Symetryczny kwiat o jednej łodydze, wyrastających z jednego punktu lub kwiat z dwoma gałązkami symetrycznie wyrastającymi z łodygi głównej. Zasada jednej łodygi była podstawą kompozycji. Główny motyw kwiatowy, dopełniały paciorkowe obrzeża, najczęściej w formie fali szerokości do trzech centymetrów oraz drobny motyw kwiatowy na kaletkach. Obrzeża biegły wzdłuż zapięcia i dekoltu oraz z przodu i z tyłu od pachy do dolnego brzegu gorsetu w kształcie litery „V”. Taki układ obrzeży, podkreślał wcięcie kobiecej sylwetki w biodrach.
Brzeg zapaski, był często ozdobnie wycinany i obrabiany haftem lub ściegiem szydełkowym.
Nieodłączna część garderoby kobiecej – gorset, spełniał swoją praktyczną funkcję stonika i taka jest jego geneza. Pierwotnie był prosty jak lejbik, bez ozdób. Z czasem pojawiły się dołem kaletki i poczynając od prostego ozdabiania brzegów po hafty i paciorkowe mozaiki. Gorsety Góralek Nadpopradzkich osiągnęły swoje ‘najokazalszej’ formy w okresie międzywojennym.
Najbardziej archaiczne – koloru czarnego, zdobione były wzdłuż zapięcia jedną lub dwoma kolorowymi taśmami, na przemian z haftowaną prostym ściegiem falą przetykaną kropkami. Fala obiegała brzeg dekoltu oraz szelek. Kolory taśm i haftów: fioletowy i niebieski na przemian z zielonym i czerwonym, żółte kropki. Brzegi kaletek obwiedzione były prostym ściegiem haftu lub bez dobień. Brzegi zapięcia mały zakuwane dziurki na wstążkę. Brzeg dekoltu często wycinany był w drobne w ząbki.
W okresie międzywojennym popularne stało się zdobienie gorsetów haftami w motywy kwiatowe lub wyszywanie szklanymi paciorkami. Motywy te układały się najczęściej w formę drzewka o jednej łodydze. Na plecach większe i odpowiednio mniejsze z przodu, po obu stronach zapięcia. Symetryczny kwiat o jednej łodydze, wyrastających z jednego punktu lub kwiat z dwoma gałązkami symetrycznie wyrastającymi z łodygi głównej. Zasada jednej łodygi była podstawą kompozycji. Główny motyw kwiatowy, dopełniały paciorkowe obrzeża, najczęściej w formie fali szerokości do trzech centymetrów oraz drobny motyw kwiatowy na kaletkach. Obrzeża biegły wzdłuż zapięcia i dekoltu oraz z przodu i z tyłu od pachy do dolnego brzegu gorsetu w kształcie litery „V”. Taki układ obrzeży, podkreślał wcięcie kobiecej sylwetki w biodrach.
Gorsety sznurowane były różnokolorową wstążką, przewlekaną przez okuwane dziurki tzw. kabzelki. Zasznurowane brzegi gorsetu schodziły się razem na całej długości. Niewykluczone, że starsze gorsety były zapinane na haftki lub, jak u Rusinek, na guziki.
Góralki Nadpopradzkie bez względu na wiek, nosiły tzw. wizytki. Wizytki były popularne w całej Małopolsce i mały charakter „wyjściowy”. Szyto je z kupnego, najczęściej jednokolorowego materiału. Były dopasowane do figury i od talii rozkloszowane. Miały wąskie rękawy, zbierane nieco na szczytach ramion. Krój miały taki sam, jak wyżej opisane bluzki noszone bez gorsetu. Wizytki jednak, szyte z grubszego materiału z podszewką, miały charakter odzieży wierzchniej. Wokół szyi wykończone były stójką. Na piersiach miały czasem ornament z naszywanej tasiemki lub siutaziu (sutaszu), powtórzony na dole rękawów. Pod wizytki kobiety zakładały koszule – wtedy kołnierzyk i rękawy koszuli zakończone falbanką wykładały na wierzch. Do wizytek zakładano również korale, perły lub bursztyny.
Zimową porą nosiły kobiety krótkie, brązowe kożuszki do bioder, obszywane barankiem wzdłuż wszystkich krawędzi – po obu stronach zapięcia, wokół szyi, dolna krawędź i zakończenie rękawów. Zdobione skromnie ozdobnym ściegiem, najczęściej krzyżykowym (tzw. janina) wzdłuż szwów.
Oprócz kożuchów innym, mniej popularnym, zimowym okryciem były kaftany. Szyte z ciemnego, fabrycznego sukna, były ocieplane, dopasowane do figury i sięgały do bioder. Miały barankowe oprymy jak kożuchy – wokół szyi, wzdłuż zapięcia, na rękawach i wzdłuż dolnej krawędzi. Noszono je głównie na południu regionu. Natomiast w Przysietnicy (rzadziej w Rytrze) przyjęły się kaftany podobne do lachowskich, o kilku zbiorach w tyle. Fałdy nie były jednak sztywno stojące, lecz układały się płasko w kontrafałdy.
Kobiecą głowę tak chroniła, jak i zdobiła, chustka lniana lub z cienkiej wełenki, noszona obowiązkowo przez kobiety zamężne. Od II połowy XIX w. weszły w modę paradne chusty tybetowe (tybetówki, rypsówki), które zastąpiły starsze, białe oktuski z lnianego samodziału. Chusty tybetowe były różnej wielkości. Mniejsze służyły do zakładania na głowę. Większe służyły jako chusty naramienne. Chusty w większości miały frędzle – oryginalne lub dorabiane przez kobiety domowymi sposobami.
Zimowy ubiór dopełniała niezastąpiona chusta barankowa (barankówka) – wełniana gruba chusta fabrycznego wyrobu, narzucana na ramiona, a w razie silnych mrozów lub kurzniawy również na głowę. Inne jeszcze chusty, kraciaste z frędzlami, służyły także jako odzienie zimowe.
Dawnym, obrzędowym nakryciem głowy mężatek były czepce. Informacje o nich są bardzo skąpe, jednak były to czepce zbliżone formą do lachowskich. Stąd podkreślały one dodatkowo, małopolski charakter tej grupy góralskiej, mimo rusińskiego sąsiedztwa.
Według M. Cholewy były to czepce tiulowe, wiązane za każdym razem na głowie. Według Z. Szewczyka były białe płócienne, haftowane. Czepce odtworzone dla Regionalnego Zespołu Dolina Popradu są białe, płócienne z białym haftem na rogu zakrywającym tył głowy i kark. Takie czepce zakładały w latach powojennych, kobiety noszące obrazy podczas procesji kościelnych.
Innym rodzajem okrycia, głównie ramion, był znany dobrze na Spiszu i Sądecczyźnie rańtuch zwany tutaj obrusem. Rańtuch składano wzdłuż na dwie nierówne części i brzegiem zakładano jeszcze zakładkę tzw. folgę szer. ok. 10 cm. Podobnie jak kobiety składały chustki na głowę, tylko chustki składa się na krzyż, po przekątnej kwadratu. Płócienny, biały rańtuch o wym. ok. 1×3 m. z cyrką (mereżką) i frędzlami, dziś już zapomniany, był jeszcze w użyciu na początku XX w.
Oprócz wspomnianych kiyrpiec, które krojem nie różniły się od męskich, zamożniejsze kobiety nosiły sznurowane buty, sięgające ponad kostkę. Do butów tych noszono fabryczne pończochy. W okresie międzywojennym weszły w użycie buciki na niskim obcasie zapinane paseczkiem przez wierzch stopy. Te trzewiczki, starsze kobiety nosiły do końca XX w. Wyrabiali je tylko szewcy – rzemieślnicy. W Materiałach Z. Szewczyka znajdujemy informację z Łomnicy, że kobiety nosiły również wysokie buty z cholewkami, podobne do męskich oraz sukienne papucie. Papucie były obuwiem letnim i nosili je również Rusini we wsiach za Popradem po spiskiej stronie.
Dopełnieniem stroju odświętnego były korale, perły lub bursztyny z dopiętym krzyżem lub medalionem na najniższym zwoju.
Odświętną ozdobą panien była długa podwójna wstążka, składana w harmonijkę, wiązana na końcu warkocza.
Ubiory dziecięce
Dzieci, do wieku dzisiaj określanego jako przedszkolny, nosiły długie koszule sięgające do kostek. Po tym czasie, ubiór dziecięcy różnicował się i dzieci zaczynały być ubierane według płci i ubrań dorosłych. Dziewczynki nosiły często spódnice na wyrost, podobnie zapaski. Resztę stroju stanowiły odpowiedniki garderoby dorosłych: koszule, wizytki, gorsety, chustki, zimą serdaki, kożuszki i chusty. Płeć podkreślały przede wszystkim chusteczki na głowach dziewczynek, a u chłopców, kapelusz, rzemień lub sznur opasujący koszulę. Chłopcy z zamożniejszych rodzin wcześniej nosili porcięta. Starsze dzieci często “donaszały” ubrania dorosłych. Powszechna była wymiana odzieży albo przekazywanie ubrań, z których dzieci wyrosły, młodszym dzieciom w rodzinie lub sąsiedztwie.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Muzyka nad Popradem się spotyka – z czterech stron świata: północy, południa wschodu i zachodu. Specyfika geograficzna regionu górali Nadpopradzkich i dawne wieloetniczne sąsiedztwo przewija się w motywach muzycznych. Nad Popradem spotykała się Ziemia Sądecka ze Spiszem i Rusią Karpacką – Rusią Szlachtowską i Państwem Muszyńskim. A pomiędzy nimi wędrowali muzykanci cygańscy z cygańskich enklaw w Rytrze, Złockim i Szczawnicy. Najstarszym instrumentem udokumentowanym w źródłach od XVI w. są dudy. Instrument polifoniczny, przez długie wieki solowo zapewniał obsługę muzyczną imprez w Beskidzie Sądeckim.
Na przełomie XIX i XX w. pojawiają się klasyczne składy kapel: skrzypce prym, skrzypce sekund i basy, niekiedy rozszerzone o więcej skrzypiec. W latach międzywojennych XX w. do tego składu dołączały czasem trąbka i klarnet. Nagrania dwóch kapel z naszego regionu w archiwum ISPAN-u, to kapele w składzie prym, sekund, basy. Są to: kapela z Zaczerczyka w Piwnicznej – Tadeusza Maślanki i kapela z Rytra – Józefa Kuliga (Madeja). Po latach różnych wariantów instrumentalnych, Zespół Regionalny Dolina Popradu wrócił do składu smyczkowego.
Basy – instrument trzystrunowy – rozmiarami mieścił się między wiolonczelą a kontrabasem ¼. Taka wielkość instrumentu pozwalała nosić go na pasie i grać idąc.
Do archaicznego instrumentarium należy: bezczopowa sześciootworowa piszczałka krawędziowa. Wrzescok, zwany również klarnetem wykonany z dzikiego bzu, sześciootworowy instrument z jałowcowym stroikiem, zakrywającym skośnie odcięty kanał instrumentu. Trombita świerkowa długości do dwóch metrów. Okaryna, piszczałki sześciootworowe i organki (harmonijka ustna).
W okresie międzywojennym XX w. pojawiła się również i w tym regionie heligonka. Jej siła brzmienia, barwy, i wielogłosowość wyparła kapelę tradycyjną – jeden muzykant mógł obegrać wesele zamiast trzech. W drugiej połowie XX w. w okolicach Piwnicznej muzykowało kilkudziesięciu heligonistów.
Muzyka nad Popradem się spotyka – z czterech stron świata: północy, południa wschodu i zachodu. Specyfika geograficzna regionu górali Nadpopradzkich i dawne wieloetniczne sąsiedztwo przewija się w motywach muzycznych. Nad Popradem spotykała się Ziemia Sądecka ze Spiszem i Rusią Karpacką – Rusią Szlachtowską i Państwem Muszyńskim. A pomiędzy nimi wędrowali muzykanci cygańscy z cygańskich enklaw w Rytrze, Złockim i Szczawnicy. Najstarszym instrumentem udokumentowanym w źródłach od XVI w. są dudy. Instrument polifoniczny, przez długie wieki solowo zapewniał obsługę muzyczną imprez w Beskidzie Sądeckim.
Na przełomie XIX i XX w. pojawiają się klasyczne składy kapel: skrzypce prym, skrzypce sekund i basy, niekiedy rozszerzone o więcej skrzypiec. W latach międzywojennych XX w. do tego składu dołączały czasem trąbka i klarnet. Nagrania dwóch kapel z naszego regionu w archiwum ISPAN-u, to kapele w składzie prym, sekund, basy. Są to: kapela z Zaczerczyka w Piwnicznej – Tadeusza Maślanki i kapela z Rytra – Józefa Kuliga (Madeja). Po latach różnych wariantów instrumentalnych, Zespół Regionalny Dolina Popradu wrócił do składu smyczkowego.
Krakowiak od północy – ziemia sądecka
“Ido se chodoki, bez góry bez krzoki
Z daleka if słychać bo to Piwnicoki”
Rusińska kołomyjka od wschodu (i zachodu)
“Fijołecka drobno wschodzi ha, ha, ha
Fijołecka drobno wschodzi parada, parada
Jus mój miły nie przychodzi cim, cium, ciarada!
Konie mus sie polękały ha, ha, ha!
Konie mu się polękały, parada, parada,
Od Kasieńki łodjechały cim, cium, cirada!
Kasiuleńka łoknom patrzy, ha, ha, ha!
Kasiuleńka łoknom patrzy, parada, parada,
Cy miłego nie zobacy cim, cium, ciarada!”
Spiska nuta od południa
“A cyjes to konie, wody sukajo
Jasieńkowe konie, 3x
Wody sukajo
Sukajo sukajo, fciało się jom pić
Musiała karcmorka, 3x
Konie napoić.”
Madziar – czardasz od południa (Węgry)
“Madziar pije, Madziar płaci, Madziarowe płaco dzieci
Płaco dzieci, płace zona, bo Madziara nima doma!
Pod wiyrsyckiem, pod zielonym,
Cyrwone maliny
Rozsypały, rozsypały mi się do doliny
Hej mój Boze miły, fos mi if pozbiyro
Jak jo ni mom, jak jo ni mom przy sobie frajera!”
Błasiok (surok) albo polka starodawna wspólna dla Rusinów i górali polskich
“Zalycoł się Wojtek Marynie
Póki boły klóski w kuminie,
A jak wyjod klóski z kumina
Łodwidziała mu się Maryna.”
Walczyk nadpopradzki
“Pod gaickiem, pod zielonym rośnie trowecka
Chodzi po ni zapłakano naso Hanecka
I chodzi chodzi, mo smutne łocy,
A jo się je zapytuje s kiem spała w nocy
Jo śpie w komórce, na swy pościółce
Przydź Jasieńku, przydź z wiecora
ło jedny godzince!
Jak nie ło jedny, to przydź ło drugi,
Bedemy se rozmowiali ło losie długim.”
Opracował:
Piotr Kulig
Współczesny taniec zespołu regionalnego, jest zawsze jakimś układem choreograficznym, ułożonym na potrzeby sceny. Gdyby jednak z całej grupy par tańczących w układzie, zostawić jedną, stanie się ona wyrazem ekspresji ruchu pojedynczej pary tak, jakby zespół i układ choreograficzny nie istniał. Można to traktować jako obraz pary indywidualnie tworzącej swój własny układ, z potrzeby własnego poczucia estetyki i wyrazu artystycznego.
Pary, tańczącej z sobą i dla siebie. Realizującej się artystycznie i emocjonalnie w tańcu. Będzie to obraz sposobu wyrażania uczuć dwojga ludzi przez taniec w dawnych czasach. W czasach dawnej kultury wiejskiej ekspresja uczuć i poczucia estetyki wyrażała się również w tańcu. Czasem jeszcze teraz i dawniej, można spotkać na weselu pary małżonków, którzy żyjąc ze sobą, również tańczą ze sobą i widać to w ich uniesieniu tanecznym. Taniec był elementem życia wspólnego, wspólnego zrozumienia. Był innym rodzajem dialogu, w którym środkiem wyrazu jest ruch, gest, dotyk, spojrzenie… Z tańców zbiorowych zespołów regionalnych można do dzisiaj „obrać”, jakby obierając pomarańczę, jedną szczególną cząstkę – parę, która tańczy swój taniec osobisty. I tak w dawnych czasach, taniec który u Górali Nadpopradzkich, jak na całej Sądecczyźnie, tworzył kład zbiorowy, układał się naturalnie z układów poszczególnych par. Układając się w większości przypadków po kole, wprowadzał porządek ruchu, konieczny do poruszania się w małej przestrzeni izby czy karczmy. Wszyscy tańczą do tej samej melodii a jednak każda para tańczy indywidualnie. Z opowieści wiemy, że taniec indywidualnej pary, jako forma prezentacji umiejętności i kunsztu tanecznego był tu spotykany. Oni tańczyli, reszta patrzyła. Potem, na znak tancerza zapraszani byli pozostali. Dołączali i tworzyli układ, uważając i obserwując parę pierwszą. W ten sposób także taniec, odzwierciedlał życie społeczności lokalnej, pozycję lidera i autorytetu. W Dolinie Popradu widzimy to w tańcu „Zamiatanym”, najczęściej rozpoczynającym występ. Taniec jest również formą spotkania. Często, to czego nie widziały oczy społeczności, jeśli chodzi o spotkanie pary zakochanych, mogły widzieć podczas ich tańca. Legalne, bliskie spotkanie, objęcie, dotyk w publicznym miejscu.
Było również manifestem, przekazem do społeczności – oto my, patrzcie! Jesteśmy razem.
Tańce Górali Nadpopradzkich są oparte o podstawowe kroki polki, suroka (błasioka), obyrtanego, walczyka, sztajerka, czardasza. Taniec „Zamiatany” jest oberkiem. Taniec o zmiennym tempie – Hanok, jest formą krzyżaka. Tańce dookolne kobiet, o charakterze korowodów zamkniętych są „echem” kołomyjek karpackich, które dotarły nie tylko tu, ale i w zachodnie krańce Karpat. Podobnie tańce korowodowe męskie, nawiązują do hajduckich popisów tanecznych, występujących w różnych regionach Karpat. Węgierski czardasz, obok polki i sztajerka (walczyka) należy do podstawowych tańców osadzonych w regionie.
Tańce Zespołu Dolina Popradu zostały opracowane przez Józefa Unolda w czasie formowania się zespołu i prezentowane są w większości niezmiennie do dzisiaj. Te zapoczątkowane wtedy formy układów tanecznych i kroków, uważane są obecnie za kanon tańców zespołu. Zostały opisane w publikacji Kolory Nadpopradzia – Regionalizm w Piwnicznej, pod red. Aleksandry Szurmiak-Boguckiej i Michaliny Wojtas, Piwniczna-Zdrój 2011, w wydawnictwie Kultura ludowa Górali Nadpopradzkich (od Piwnicznej i Rytra) Kraków 2021 r. oraz w skrótowych wersjach w Leksykonie – Taniec w polskiej tradycji, pod red. dr Grażyny Władysławy Dąbrowskiej, Warszawa 2006.
Opisy z filmami znajdują się na portalu etnozagroda.pl „Tańce Górali Nadpopradzkich (Piwniczańskich zw. Góralami Czarnymi)” Tańce Górali Nadpopradzkich
(skrypt: Melodie do tańców do pobrania)
Opracował:
Piotr Kulig
Gwara piwniczańska należy do gwar mieszanych. Można odnaleźć tu wpływy: sądeckich Lachów, górali pienińskich, słowackiego Spisza, Łemkowszczyzny. Piwniczna od początków swego istnienia była miasteczkiem granicznym, przez które przebiegały trakty handlowe i komunikacyjne, stąd wpływy czeskie i węgierskie, oraz niemieckie( pozaborowe). Zasięg gwary górali nadpopradzkiej pokrywa się ze stosownym obszarem wyznaczanym w opisach etnograficznych. Główne miejscowości tego regionu to: Piwniczna Zdrój, Rytro. Spośród kilkudziesięciu opisanych cech gwary nadpopradzkiej trzeba wymienić. Pozostałe są opisane w 3 słownikach gwarowych opracowanych przez Krystynę Dulak-Kulej i Wandę Łomnicką-Dulak oraz na stronie Etnozagroda – Górale nadpopradzcy. W słownikach znajduje się też kilka tysięcy słów, z których niektóre są bardzo archaiczne.
MAZURZENIE:
Przejście szczelinowych sz, cz, ż w s, c, z. Zboże – zboze, czekaj – cekej, szczotka – scotka, półkoszek – pókosek, początek – pocontek, folusz – folus, smreczek – smrecek, czwarty – cworty, poczęstunek – pocenstunek, żaba – zaba, skarżyć – skarzyć.
Ż zapisywane ortograficznie jako rz nie jest mazurzone, brzeg – brzyg, brzemiączko – brzemioncko, grzech – grzych, grzęda – grzenda, grzyb – grzyp, drzazga – drzyzga.
Rz w wymowie najczęściej zastępowane jest przez sz: barz – basz, przeszkoda – pszeskoda, matka chrzestna – matka kszesno.
Brać na grzbiet – bradź na grzbiet, pisać o starych czasach – pisadź uo staryf casaf.
1. A pochylone, realizowane jako o, np.: trawa – trowa, kurzawka – kurzofka, chłopaki – chłopoki, pochwalony – pokwolony, tańczyli – tońcyli, obiad – uobjot, kijanka- kijonka, gorzałka- gorzołka.
2. O pochylone, realizowane jako u, tj. dźwięk pośredni między o i u, np.: droga – druga, ogród – uogrut, wóz – vus, komorę – kumore, pomoc – pumoc.
3. E pochylone jako y (po spółgłosce twardej i miękkiej), np.: mleko – mlyko, wiesz – wiys, mieszać – miysać, chleb – chlyp, też –tys, cierlica – ciyrlica, chlewek – chlywek, kobiecie – kobiycie, kierpce- kiyrpce.
Wymowa samogłosek nosowych przypomina tę z języka literackiego, Zatarciu ulegają nosówki (ą, ę) nie występują w żadnej pozycji – przed szczelinowymi realizowane jako połączenia samogłoski ze spółgłoską nosową: szcęście – sceńscie, często – cysto, rączki – roncki, kądziel – kondziel, podobna realizacja występuje przed spółgłoskami zwartymi
będziemy – bedemy, ząb – zomp, dąb – domp, oraz w wygłosie: pójdą – pódom, zrobią – zrobiom, lubią – lubiom.
1. Labializacja, w nagłosie przed o pojawia się u: omasta – uomasta, ośnik – uośnik, ojciec – uociec, okno – uokno, ofiara – oukwiara, oprosić się – uoprosić sie, odbić – uodbić.
2. Prejotacja, w nagłosie przed samogłoską występuje J ( zjawisko rzadkie): Agnieszka – Jagniyska, Antoś – Jontuś, igła – jigła.
3. Przydech (rzadki), Eliaszówka – Heliasófka.
1. Przejście wygłosowego, nagłosowego -ch w -f, -k. Przejście ch w -k jest wypierane przez -f, przenikające z gwary spiskiej i pienińskiej i staje się współcześnie coraz rzadsze.
PRZEJŚCIE CH > K (w wygłosie i nagłosie) niech – niek, matka chrzestna – matka kszesno, chce -kce, grzybach – grzybak, chrzan – krzon.
PRZEJŚCIE CH > F (w wygłosie i nagłosie) tych – tyf, naszych – nasyf, chrzestnych – kszesnyf, na muzykach – na muzykaf, po górach – po góraf.
2. Występowanie tzw. wstawnego e: metr – meter, wiatr – wiater, litr – liter.
3. Cofnięcie artykulacji i, y przed ł, robiła – robjuła, trafił się – trafjuł sie, modlił się – modluł sie, skryła – skruła, był – buł.
4. Redukcja ć w wygłosowej grupie -ść w bezokolicznikach i rzeczownikach, nieść – niyś, gryźć – gryś, grzeczność – grzecnoś, starość – staroś, miłość – miyłoś, grubość – gruboś
5. Występowanie ś w miejscu literackiego sz w wyrazach pochodzenia obcego: szpital – śpitol, musztra – muśtra, szlufka – ślufka, szpas – śpas.
6. Redukcja ł w grupach spółgłoskowych, płuca – puca, pchła – pcha, pług – puk.
7. Redukcja ł w wyrazie pół i pokrewnych, pół – pu, północka – pónocka.
8. Uproszczenia grup spółgłoskowych trz, strz, drz do č, šč, dž, trza – cza, strzelić – szczelić, strzecha – szczecha, drzewo – dżewo, trzaski – czoski, mistrz – miszcz.
9. Występowanie grupy źr w miejsce literackiej grupy jrz, obejrzał się – uobeźroł sie, dojrzały – doźrały, spojrzeć – spoźryć.
10. Podwojenie s w wybranych formach: z lasa – z lassa, boso – bosso.
11. Brak archaizmu podhalańskiego.
12. Brak akcentu inicjalnego, charakterystycznego dla górali podhalańskich. Akcentowana jest tutaj sylaba przedostatnia, a więc tak jak w polszczyźnie literackiej.
1. Końcówka -ma w 1 os. l. mn. czasu teraźniejszego i przyszłego prostego, pójdziemy – pudema, pojedziemy – pojadema, musimy – musema, nakarmimy – nakormiema. To końcówka znana też z gwary spiskiej.
2. Szerszy zakres występowania końcówki -a niż w polszczyźnie literackiej, do płotu – do puota, z wozu – z woza, deszczu – dysca.
3. Występowanie form liczby mnogiej przy zwracaniu się do osób starszych, to tzw. „dwojenie”: Mama już pojechała – Mama jus pojechali. W gwarze górali nadpopradzkich znane jest też tzw. „trojenie”, zwracanie się do szczególnie szanowanej osoby per „oni”: Czy mama już pojadła – Cy uoni jus pojedli?
4. Czasownikowy morfem -uwać w miejsce literackiego -ować, gotować – gotuwać, sparować – sporuwać, szanować – sanuwać, pastować – pastuwać, spekulować – śpekuluwać.
Gwara nadpopradzka nie jest jednolita na całym obszarze występowania mimo, że jest to obszar stosunkowo niewielki, zaledwie jedno miasteczko i kilka wsi. Istnieją różnice, szczególnie w wymowie, wyartykułowaniu np. pochyleń. Są terytorialne odmiany tej gwary. Wysłuchanie tego samego tekstu mówionego w Rytrze, w górach nad Kokuszką, w Piwnicznej i na Łomnicy będzie niewielką ilustracją tego zjawiska.
Wanda Łomnicka-Dulak
(Na podstawie artykułu prof. Józefa Kąsia na portalu Etnozagroda, Pracy magisterskiej Anny Turek Słowników Matusine słówecka i Nadpopradzka dawność)
Przykłady gwary na podstawie wiersza „corni górole” autorstwa Wandy Łomnickiej-Dulak
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Włosy – na porost wlosów
Korzenie łopianu zeby włosy rosły;
Włosy się myło w rumianku;
Skrzyp – włosy sie myło;
Sok z brzózki w maju dobry na włosy;
Herbate gotuwały głowe myły w rumianku, w pokrzywak i we wodzie brzozowy.
Wole
Duzo buło po domaf kalik, godało sie: “Wole idźcie w pole, zeby między wos jesce jeden wloz”;
Jak buło duzo tyf chłopów z wolami, zesły sie i puściuły wes, na cyj wól wesła to sie śmioły ze złostanie sołtysem;
Jak wole mieli ludzie to nosili cyrwone korole, Wole idźcie w pole;
Duzo ludzi miało wole, jak na wiyrzchu to usunoły. Nic se nie radzili, nosiuły te wole.
Wrzody
Len na wrzody sie pije (letni);
Wsy
Na wsy głowe sie myło w wywarze z nietoty, naftom tyz, nafta była niebezpieczno bo głowa mogła łoblyź. Późni mycie gowy wodom z łoctem, trza uwozać na łocy.
Dzieci miały wsy – cesali żeby wycesac takiem długiem grzebieniem;
Smaruwali głowe spirytusem jak wsy;
Na wsy nafta do wody.
Wzmocnienie
Lubscyk z mlykiem na zmocnienie;
Lubscyk jak sie na wiosne sło do gnoja, taki cłowiek był zmęcony łod rozmiatywanio to abo sie na mlyku gotouwało abo z jojkiem lubscyk.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Zapolenie
Nowięcy bańki na zopolenie;
Jak dziecko dostało zopolenie – łobkładać – nasmaruwać papiyr tłuscem i terpentynom rozgrzywało sie pieluche i na garło sie przykładało;
Na zopolenie płuc – do słoniny nabijalo gęsto łowies to piekli i z mlykiem pili;
Zopolenie do piersi, spirytusem wysmaruwać, łobwinąć flanelom i ułozyć spać;
Bańki downo stawiały, te na łogień. Wiedziały dzie mozno stawiać, na zopolenie oskrzeli. Ak buly corne to wystrasone ludzie buły – ale wyciągało.
Zapolenie oczu
Rumianek herbatka, łokłady na łocy;
Świetlik – łokłady i płukali na oczy.
Zatoki
Na zatoki jojka ugotowały przekrojuły na pół z 1 i 2 strony potrzymały ciepłe – wyciągło.
Zatrucie
Na zatrucie piołun mama gotuwała;
Kopelnik te listki takie mama gotuwała herbatke i że to powoduwało wymioty;
Wrótyc na zatrucia; Tysiącnik zbiyrały na zatrucie;
Jak sie fto zatruł to gnietli wrutyc i pili sok, barz gorzki, na żołądek;
Centoryjo na zatrucie, na apetyt i jak wymioty, mocne ziele na trowienie, marchwicne ziele na zatrucie; Soda łocyscono dobro na łotrucie;
Boze drzywko, piołun – na łotrucie; Na łotrucie – pić ciepłe mlyko łod krowy.
Zerwisko
Lubscyk tyz na zerwisko;
Na zerwisko końskie łajno (sok), końduś gorzołki dodoł;
Zerwisko jak drylnie jeden drugiego – to moze nawet do 3 dni umrzyć;
Zerwisko – zioła takie rosly koło drogi mówiuły na nie oberwus;
Na zerwisko smaruwaly kręgosłup;
Jak się dziecko zerwało to sok z końskiego łajna (ale od kobyły) albo tyz mocem lycyli – dawali pić.
Zgaga
Na zgage robiły sodowo wode to sie łodbiuło, woda z sodom troche cukru;
Szklanka wody, łoctu troche, cukru troche i sody, sodówka była na zgage abo kaca.
Złomanie
Na skręcenie, na złomanie tłukło się żywokost i dawało z tłuścem, składoł w descułko – schodziuło sie;
Śloz jak kto złomom noge abo ręke;
Żywokost z tłuścem na złomanie łowinąć lnianom smatkom (Jamrozowic z Kokuski). Buły takie ludzie co składały, nastawiały. Składały, tylo żywokost przykladały ale jak buło mocno złomane to dawały desecki. Deski przyłozone i łobwijały, nie było bandazów ino smatami łobwijaly.
Poskładoł ręke (na żywo składoł) desecki śnurowane. Żywokost rósł koło domu to sie przykladało, babcia robiła maści; Zetrzyć korzenie i łobwijali i tom desecke uśtywnionom;
Jak noge złomoł Maślonka korzenie żywokostu z tłuscem i sie łobkładało;
Nogi nastawioł, składoł Jamrozowic. Nastawiuł, pociagnął, deski, żywokostu, tłuszczu (korzeń starły, i troche może jakieś wódki i to na szmate i to wyszło, to jakie 3 tygodnie to sie zaloło wszytko).
Zranienia
Babki łokrągłe są dobre na rany, zbiyrało sie po podwórku, żeby nie było dziesi koło drógi, zalywo sie śpirytusem i przykłado sie na rany. To jest jesce lepse łod lilie. Lilia wyciągo rope a babka więcy goji;
Cicho róża jest w lesie co ni mo kolcy, z łodygi sie skórke zeskrobie i gotuje sie na słodki śmietanie; Moś ze słodkie śmietany i jagodników na rany ;
Mysok sie gnietło i wyciagało rope;
Krwownik zgnietli i na rane roz dwa sie gojuło;
Lilije mocyć w śpirytusie lykarzstwo na rany;
Zacięcie na palcu – sło sie na jedle i buła żywica, posmaruwało sie palec (do jódki, ftóro mo bulke) kleji sie toto i z tego sie zagoji;
Mech widłok na rany sypało sie żółty proszek (to jak antybiotyk);
Na rany żywica jodłowo, krew tamuwać opłatkiem;
Maś robiono – łój barani, żywica, włosk i jagodniki;
Żywica z lasu bulki po jodłach żywica do śpirytusu do słoika i dać na ranę;
Uraźny kamień z Kalwaryji przywoziuły jak przechodziuly przez Cedron (potok) skrobało sie i jak buła rana to sie przykłado;
Jak ni mieli cem to sikali po ranie;
Len i biołtko rozbić przyłozyć na rane, wyciągnie i bedzie sie gojić;
Jak sie fto skalicuł to pajęcyne przykładli, łopłatek zeby krew nie sła;
Rane wylycyli pianom z mlyka;
Żywice se smaruwały jak sie rana ni mogła zagojić, posmaruwali żywicom zaklejało, zroslo sie szybci, nie chodzili po lykarzaf, nie syli rany.
Jak jem miala noge przecięto bo jem stanąła na butelke na dno, ile krwie wysło dopiyro łopłatka przylypiuła to zatamuwała. Krwi usło w pierniki. Lilja spirytus, lilia bioła, zalywalo śpyrytusem, siedziało, obkładali jyj płatkiem;
Chodok se ciupnął siykierom do nogi – mama mu przykładała przez tydzień rano i wiecór ciepłe mlyko prosto łod krowy – zagojuło się;
Na gojące sie rany sare mydło.
Zwichnięcie
Na zwichnięcie żywokost – korzeń trza było zetrzyć na tarle i dać smolec, wymiysać i tem łobkładać, to co bolało. Przeważnie na noc a potem rano to sie z tego skorupa zrobiuła, wszytko wyciągało;
Zywokost buł dobry, jak palec zepsuty, sukoł tego żywokostu, buł u Gardonia na Zowodziu, ukopoł, zmiyluł w maszynce.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Sinioki po stłuceniu
Zbiuły chłopa wszystko mioł siniućkie, postawiuła ponad 30 baniek – nabiegły zepsutom krwiom; stawiala dali, wyciągało krew – przysed do siebie;
Jak noga potlucono – zimioki nagotuwać – wloć kwaśne śmietany i łobkladać.
Skaza
Jak skaza to słodko śmietana i kwiotki poziomek, zagotuwać delikatnie.
Słaboś dzieci
Mocne ziele (niebiesko kwietnie) mama kapała dzieci – wzmocniało kości (łodygi wysokie, ni móz go było wyrwać z ziemie), ale dopiyro jak pół roku skońcyło to sie kąpało w mocnem zielu i maciyrzance;
Kąpali dzieci co drugi dzień; słome łowsiano sie gotuwalo i w tem kąpały;
Jo dzieci kąpałam łod pół roku do roku w każdziutki dzień, posłam nazbiyrałam, nasusyłam na strychu, zagotowało sie to ziele, nieduzo sie dawało silne, maciyrzanke do tego sie dodawało;
Dziki rumianek kąpały przedtem dzieci w tem rumianku;
Do kąpanio dzieci – mocne ziele, marchwica i maciyrzanka. Jak dziecko było słabe ni mogło chodzić abo późno chodziło to sie gotuwało te zioła i w nif sie kąpało dziecko;
Krwownik jak słabe dziecko – to wszytko razem i dziecko kąpały.
Spominki ło zielorkaf
Przyjechoł tyz Krynicki, bogaty Rusin, bryckom końmi. Przyjechoł z córkom, piykno dziewcyna ale twarz jeden strup, jakosi egzema ropno. Lecuły jo doktory. Babka powiedziała musi zostać u mnie na dwa tygodnie. Babka kozała nom sukać dzikie róże bez kolców, nazywała się cicho. Kwiotki miała jak koląco ino kolców ni miała. Tak pochła jak sie wzioł do palców tak pochniała. Skóre my dropały z te róży, babka smażyła ze śmietanom, dodawała kurze ziele. Smaruwała 2 tygodnie, wszytkie strupy zleciały jakby fto nozem zeskrobał, zostały ino blizny.
Jak dziecko płakało, nie kciało spać to sie godało ze dziecko ni mo spanio, ftosi mu spanie ukrod – to sie chodziuło cztery kąty, zbiyrało sie śmieci, łocy sie zamykało i musiały znalyź jakiego procha – co sukos spanio- komu małemu dziecku. Jakześ znasła to musiałaś cztery kąty łobejś i dziecku pod poduske i miało spać (cokolwiek sie znalazło);
Na dzieckiem jak nie mogło spać, było niespokojne przelewało się woskiem do trzef, nad wodom;
Dziecko przykrywało sie pieluchom żeby go nie prysło te wody, tato rozgroał pszczeli wosk to przelywało sie nad dzieckiem. (roztopiony w 1 misecce przelywało sie do trzef razy do drugie misecki z wodom) nad dzieckiem. Zmówiło sie paciorek np. Zdrowaś Mario.
O kręgosłupach to rzodko słychać było. Jeździli tyz do Skorupy. Nie wymogoł zapłaty – jak fto co doł, zywine tyz lycył cy sie udowiuła krowa cy co?
Jo se noge lycyła mocem, jak jem skreciuła tak mi spuchła, miałam noge jak banie. Pore dni zawijałam, noga przesła nie bułam nigdzie.
Węzie wylenisko – jak wąz sie wyleniuł i złostawiuł skórke. Jak sie cosi wbiło za paznokieć to sie przykładało na ten palec. To sie znajduwało – lezało na łące. Jak było cyste to sie brało a jak nie to trza było przemyć. Patrzało sie zeby nie było przesusone.
Na MB Zielną same ziela, nieroz kwiotka, jabłko z gałęziom – zeby sie nom darzyło. To tako radoś, zdrowie. Jak my przyniesły to wziola n stół, pokrojuła i wszytkich nos podzieluła tem jabkiem, nie wolno było łupić ino z tem wszytkiem(z łupom). Rzodko fto mioł jabłoń (stary młynarz) rarytas był.
Starsi ludzie barz wystrzygali się łowionio, babcia łotulono łomatulono temi chustkami (z downa chustki w krotke). Żeby nie choruwać na usy garło, by nie dostać zapolenia do glowy (ta czoska bedzie ci gniuła). Smate na głowe weź , bo ci nawieje do usuf.
Zioła w łogródku: piołun, lubscyk, boże drzywko, melisa. Leśne – po łąkaf były– zwonek, mocne ziele, marchwica, kopelnik to dlo bydła. Takie zioła jak sie robiuło poświęcenie wianków. Jak się krowa ocieluła to ugotowało sie z takiego wionka (ze wszystkif ziół co sie we cwortek łoktowny święciuło). Piołun, melisa, lubscyk, mięta. Zioła susyło sie na strychu nie na słonku, mogło być na stole rozłozone zeby słonko nie świyciuło, te kwiotki późni się ściągało listków pore i do worecka plótnianego. Jo susyłam na sąsiekaf.
Pora zbiyranio – dziki bez zawse sie zbiyro przed Janem, we wilijo św. Jana zbiyrało sie na kaszel. Dziurawiec zbiyro sie jak zakwitnie, musi być cało łodyga z kwiotka. Pora dnie racyj nie – ino na rosie nie, zeby nie było mokre bo by zapleśniało.
Stłucenio
Babka na stłucenio, skalicenia jak ropiało;
Krowa mie pobodła tom poleciała do potoka do góry nogami – jaz mi zebro pękło. Zebro do roku mie bolało ni mogłam oddychać, posmarowałam trochu wódkom. W kozdem domu zioła namocone we wódce. Jak buło mocno stłucone to mogło sie załobiyrać;
Soda łocyscono na łokalicenie, palec jak sie przytłuce to łyżke sody rozpuścić w wodzie i łobkłady robić to trzymać to tak wyciągnie, ze nawet sinioka ni ma.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Reeumatyzm
Na reumatyzm cosnyk z wódkom naciyrać; abo żywokost obkładało sie;
Liście kapusty na kości;
Roboki
Kapuśniorka na glisty;
Pestki z dyni na łowsiki;
Na łowsiki słoma łowsiano na nasiadówki;
Na glisty bryndza abo najkwaśniejso kapuśniorka;
Pić kapuśniorke na czczo;
Zaparzyć łowsiano słome, odcedzić i kąpać;
Na roboki to buł nolepsy cosnyk, zgnietło zaparzuło się wodom gorącom dawało sie na nocnicek, dziecko kładło sie na nocnicek i roboki sły do tego;
Małe dziecko jak miały łowskiki słome łowsiano, robiły ciasto słodkie, smaruwały cale dziecko łod syje na dół łoblepiuły ciastem i te łowsiki wychodziuły bez skóre, siedziało dziecko na ty słomie we wodzie, kapało sie, i ciasto słodkie.
Ropnie
Jak sie ropiuło przykladać żywicom jodłowom, nieduzo smaruwała, jaz sie strupek zrobiuł, wygojuło sie;
Jak sie nogi łobiyrały – liście z łorzecha włoskiego pumogało;
Ręka sie łobiyrała, puchło do góry póki nie puchło to surowe starte zimioki, jak pękło to wysła ropa. Musiało się wyłobiyrać zeby ropa wysła;
Kwaśno śmietane na babke sie dawało i to gojuło;
Na łobiyranie ziele ślozu sie nakładało;
Łobiyrało sie palec jak łodbiuł sie – babka co rośnie w polu, kwaśnom śmietanom posmaruwać – zaskło;
Babke jak sie łobiyrało przykładały zeby wyciągało, babka to ta łokrąglo nisko;
Moś corno na łobiyranie;
Babka ta co na podwórzu na łobiyranie, przykładali z kwaśnom śmietanom, potłukły troche zeby sok wysed i smaruwały tem;
Na palce na kolana na wszystko, dzie się ino co obierało.
Rozdęcie brzucha
Buło rozdęcie brzucha kobiyty – to dawały swój moc do picio.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Piegi
Maje na piegi.
Plugowka – zapolenie jamy ustnej pleśniowka
Plugawke zazegnuwać do 3 razu;
Plugawka u małyf dzieci – ślina końsko – dziopa z kobuły, chodok z konia;
Dziecko w buzi pleśniawke wycierało się cerwonem suknem i nosiuło sie ten kawołek cerwony nad „sur” do wody, tyłem do te wody;
Pocenie sie stóp
Chodzić bosso po rosie – jak sie nogi pociuły.
Przelęknięcie dziecka
Nad przeląkniętem dzieckiem loć wosk do 9–razu a nawet do 17 razu.
Przeziombienie
Cosnyk z mlykiem na przeziombienie;
Na przeziombienie syrop z sosny, lipa, malina;
Podbiał na przeziombienie;
Krzon starty ze smolcem, pergamin sie dziurkało;
Cosnykiem na piersi i plecy;
Słonina ze śliwkami susonemi; kawoł słoniny gotuwać na mlyku, na ten kawołek słoniny nabijało sie łowsa i łoświycało – tłusc kapoł całe zboze sie spoluło. Jak buło troche chudego na spyrce to sie zjadło.
Mocyło sie w słony, goracy wodzie nogi doś dlugo;
Śpirytus do herbaty do 1/ 2 śklonki i pod pierzyne;
Piwo grzone z jojkiem, Mo sie nie zagotuwać;
Psi smolec z mlykiem, borsucy smolec do mlyka, do herbaty i pić,
Dzieci małe smaruwać (ni mozno potem dawać zodnyf lyków)
Gęsi smolec do mlyka;
Na kaszel dziki bez;
Żółtko sie uciyralo z cukrem, zaloć mlykiem abo do jojka;
Przeziombienie na garło – buroki cyrwone ze spirytusem łobkładało sie garło;
Biołko z jojka i troche śpyrytusu na piersi;
Przeziombienie – sok malinowy, syrop z cebule;
Gotuwały buroki yerwone, tarły i zimnemi łobkładały, ściągało gorącke;
Na przeziombienie – mlyko z cosnkiem, z masłem sie piuło;
Posmaruwało sie papiyr tłuścem gesiem, pokropiuło wódkom – śpyrytusem polącem, podziurkowało papiyr i przykładało na plecy, abo tłusc z kury z rosołu;
Do picio herbatke z lipy, dziurawiec, mięta, melisa, maliny po krzokaf to buło;
Bańki stawiali te gorące na denaturacie, podpolało sie bańke we środku, jak był stan zapalny to koła zostawały;
Dawały ludzie psi smolec ale jak roz dały – to jakby sie kciało dać antybiotyk to nie przejdzie;
JoJak fto barz kachutoł to mu przesło;
Syrop z cornego bzu, kwiotki susyło na herbate, łowoce to sie robiuło sok;
Na przeziombienie piyrse lykarstwo cebula, zagrzywali, dodawali cukier;
Tyz lycyli herbatami ziołowemi: rumianek, melisa, lipa, czarny bez.
Łodwaluły gałąź cornego bzu; mocie łobiyrejcie bo jak bedzie wos dusić to sie sprzydo;
Smaruwali ino cosi robili z kwiatu cornego bzu, wkładali kwiaty do gorcka i to sie doś długo gotuwało. To było corne i takie gęste to tem sie łobkładało;
Św. Agaty sól jak choroby piersi;
Jak sie kaszlało mocno to warzyło sie kapuśniorke, nabiuło sie na słonine łowsa, tako kulka buła, to sie smażyło i ten tłuszcz i ten łowies kapało do kapuśniorki i to sie piuło na noc. I to było lekarstwo barz dobre. To tak wygrzało, spociuł sie cłowiek. Dzieciom tyz dawali, takom malutkiem to nie;
Cosnyk na przeziombienie abo do jedzenio, jak sie łokłady robiuło to cosnyk, smolec i spirytus.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Łobiyska ( jak się palec łobiyroł – ropiało)
Łobiyska palec do kluscanki;
Łobiyska naskrobać szare mydło ze śmietanom;
Łobiyska jak sie zacynała łobiyrać to do gotujące wody zanurzyć;
Na łobiyske maść ichtiolowo;
Na rany, na łobiyske – babka;
Śloz jak sie ni mogło ci załobiyrać, cosi bolało, wbite cy co, jak kto mioł łobiyske to sie załobiyrało i pękło;
Jak łobiyska – bolol palec, paznokieć zesed nie roz, bolało łobiyrało sie, cerwone, jak buło na pocątku to sie zaparzało w gorący wodzie i casem przesło;
W sarem mydle na łodkożanie.
Łoberwisko
Na łoberwisko smaruwały łod dołu do góry łod małego palca, Cemsi niesłonem cy smolec cy kurzy, troche jakiegosi spirytusu i tak do góry, do góry;
Jak się podźwigały piuły lubsyk z mlykiem;
Mocne ziele na łoberwisko;
Na przedźwiganie lubscyk pono zwarzyć z mlykiem abo z cemsi na łoberwisko;
Na oberwisko jojka na lubscyku;
Zołądek se łoberwała – smolec kacy;
Na łoberwisko nic ino lubscyk – z gorcka nie wychodziuł. Babcia rano wyszła do ogródka, brała lubscyk gryzła w buzi, dość dużom gałązke, jak zarobiała ciasto na placki to wszystko przessło tem lubscykiem. Po góraf robili nalewki z Lubscyku. To było nojwiękse lykarstwo.
Łocyscenie łorganizmu
Krwownik na łocyscenie łorganizmu;
Brzoza na łocyscenie łorganizmu.
Łodbicie
Jak było łodbicie na palcu abo na pięcie – to przykładali węzie wylenisko (jak sie boso chodziuło to sie łodbiuło);
Łodbiuła se ręke urosło dzikie zywe miyso – leśnicy mówi – smoła sie z drzewa leje tako bezbarwno, nad domem smerek i wyciagło.
Łoparzenie
Oparzenie – biołko smaruwać, natarła zimioków i tarcinami łobkladała;
Nał oparzenie nojpiyrso zimno woda, biołko tyz;
Jak sie sparzy palec to za ucho sie chycić.
Łoparzenie słonecne
Na łoparzenie słonkiem słodkom śmietana smaruwać.
Łopuchlizna
Na łopuchlizne biołtko;
Syrwotka na spuchlizne;
W maciórce mocyły nogi jak puchły.
Łowrzodzenio
Łowrzodzenia smaruwali przetopionem tłuscem z kury wlywali do trzupka i tem smaruwali.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Kater u dziecka
Jak dziecko miało kater to wygnietły cosnyk popod nos dawały dziecku. Abo robiuły takie korole z cosnyku (nawlykły na nitke) i zakładały koło wózka dziecku albo na syje.
Kachutanie
Piuło sie z mlykiem cosnyk na kasel. Mozno buło dodać masła;
Smolec borsucy nawet lepsy ino trudno go było zdobyć;
Syrop z cebuli z cukrem to i teroz robiom. Jak downi robiułam z cukrem to co złostało po odloniu syropu to reste sie smazyło na masołku i ten tłusc łagodziuł piersi.
Koklus
Na koklusz jak był kaszel to kozali iś do konia i zapach koński wdychać;
Krwotok
Krwownik na krwotok;
Krew tamuwały zimnom wodom, ręcniki przykładały.
Krzywica
Jak dziecko miało krzywice marchwice zagotuwali i do kąpieli;
Krzywice nie lycyli – fto nie pilnuwoł – krzywe nogi, nie miało wopna;
Dzieci downo buły w powijokaf, nogi powijały, rece tyz na prosto – zeby dzieci nie buło krzywe – bo dzieci barz miały krzywe nogi w kolanaf. Rącke na dół jednom, tu rącke na dół drugom a tu była drugo pieluszka przywijało sie i nogi na dół. Jo tyz tak na służbie robiułam.
Kurdziel
Kurdziel waruwały sie zeby nie wypić z wodom.
Kurzowki, krosty i wypryski
Kurzowki smaruwać jaskółcem zielem jak księżyca ubywo;
Kurzowka – mlyc rozgniatać i mlyckiem z niego smaruwać;
Nawet krowie na wymiona, na kurzowki;
Lycenie kurzowek przykładali z drzewa smołe (żywice) przyłozyli, zawinęli i jak posiedziało pore dni wyłuscyło sie i tak wyrywali abo po paru dniaf wysło;
Bratek polny na wypryski;
1 marca w śniegu ale tem swiyzem, marcowem śniegu co łostatnio spod – trza sie buło myć to krosty znikały i miało sie być zdrowem;
Mlycko z kwiotka mlyca na paświsku to było na krosty. I to jes do dzisiok. Takie wybarwione chodziuły.
Jak sie maciora oprosiuła, piyrse mleko z sutków, nim jesce prosięta nie pociągły, nie pocycały – trza było posmaruwać, to tyz na krosty;
Zacyrcykiem to sie leciało boso do kadłubka i sie myło zeby sie krosty nie robiuły – zaroz po wieczerzy we Wilijo.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Choroby kolon
Łowies tyz wyciągoł;
Jak kolana, nogi bolały to tyz syrwotka;
Mocem łobkładali na kolana;
Kapuste przykładało sie na kolano, kapuste trza było tłuckiem pobić i sie przykładało tam dzie bolało – to musiała być kapusta bioło. Kapuste sie sioło we Wilije św. Józefa, chyba ze buło zimno to na Zwiastuwanie.
Choroby zakaźne
Straśnie dużo ludzi choruwało na czywonke: Po ćwioro w jednem domu poumiyrało nawet. Podobno w jednem dniu było nawet 13 pogrzebów, nie robiły trumien z deklami ino takie proste. Jo tyz choruwalam na cyrwonke, Jakie jem miała prognienie nigdy w zyciu ni miałam takiego ani ni mom, Zimne wody mi sie progło, a nie wolno było sie napić zimnej wody, dawały mi herbate. Przysed ksiądz wyspowiadałam sie jakosi, dały mi zimne wody prosto ze studnie, takiem miałam prognienie, jak sie dopadne do te studnie to połowe te wody wypije. 12 lot miałam. Straśnie jelita łobiyrały sie we środku i cyściuło, ludzie sie łodwodniali. Mało sie zdarzało zeby nie choruwały dziesi.
Tata na tyfus choruwoł, oa gorącke mioł, na tyfus pilnuwali zeby nie chodzić, styceń buł, dziesiętnik wyznacoł zeby pilnuwały, zeby nie chodzić nigdzie , zeby łobce nie przychodziuły do domu.
Choroś serca
Wino z rozmarynu na serce;
Dzwonek na serce;
Dziki bez robiły sok (zdrowe na serce);
Boze drzywko na serce.
Ciśnienie
Na ciśnienie nolepsy lyk – jadło sie surowe korpiele lub sok
Choroby kobiece (babskie)
Macicne ziele na choroby kobiece;
Jak spód brzucha boloł babe smarowanie śpirytusem;
Zioła w ogródku boże drzywko, (takie wysokie jak aśparagus) na zmocnienie – (jak baby urodziuły dziecko);
Lubscyk matki po dzieciak piuły lubscyk ale tyz nie silny abo zaloły wódkom z bozem drzywkiem posiedzialo z tydzień dwa takie zielone było i takie na zmocnienie piuły co dzień po końdusecku.
Cyrwonka
Cyrwonke pamiętają – nie wolno buło pić wody, jeś łowoców zodnyf. Mama brała nos na paświska co kwila to na kupka, na kupke. Wszystkie my sie wylycoy, nie kozdo buła tako silno. Stoła straz przy drzwiach nie puściuła.
Choroby kręgosłupa
Jak downi buły liscie z kapusty na kręgosłup, liście pobiuły, zagrzoły – kładły na kręgosłu.
Chorości górnyf dróg łoddechowyk:
Zimioki z krzonem, zimioki sie łomaściuło dobrze zeby buły miętkie i łobkładało sie plecy – dzieciom cy starsem;
Jak dzieci downo buły przeziębione, papiyr z torebki posmaruwały tłuscem podziubały, nozem i trosusie śpirytusem poloły i przyłozuły – to tak wygrzoło jaz cerwone buło, jakby bańki postawiuł;
Na gorącke zimne łokłady na główke;
Syrop ze sosny na kaszel, na przeziombienie. Zagotuwało sie wode z cukrem zalywało sie te wiyrchy sosnowe i trzymało sie, zlywało i pasteryzowało;
Końcówki sosny 2-3 cm, na pocątku maja zbiyrane;
Syrop z cebule na przeziombienie i sok malinowy tyz;
Maje sie zbiyrało (mnisek). 500 maji kwiotków i cukier, wode i barz dobry syrop;
Syrwotka – łobkładało sie coło;
Na przeziombienie smaruwali plecy, piersi – smolcem z gesie, z borsuka, mlyko pili z cosnykiem.
Chorości usów
Jak fto na usy choruje parówka nad bozem drzywkiem;
Ucho boli – gałecki z waty w spirytusie i do ucha włozyła.
Chrypka
Jak chrypka to przesmozały śmietanę, sły do aptykorza nafte do picio – piuły i chrypka przesła.
Ciąża
W ciąży nie wolno było kapuśniorki pić;
Miętówka (nalewka) po porodzie – flasusuia w pościeli;
Jak sie baba sykuwała do porodu to ćwiortecke wódki ze zielami miała w pościeli na wzmocnienie. Baby odbierające porody – w Piwnicny – Durlocka z Kamieńca, u Łomnickif – Dziedzinka, u Śmigoskif – Dulocka – Karolowo. Akuszerka główno – Durlocka – robiłuła tyz wódke z ziołami, chłopy sły, kupili u nie włożyli do siennika to po porodzie baba sy łykła zeby zamocnieć;
W domach rodziuły kobiyty dzieci – moja mama a późni to trochu na mnie ale jo nie kcialam bo przecie młodo jem buła. Córke mi łodebrała to jus mo 47 lot;
Przed porodem nic sie nie dawało ludzie trzymaly tyle ze musiało to wyjś, poźni to tak dawały – swojemu ziołami ale pozapominała. Boze drzywko było dobre – regululuwało.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Biegunka
Borówki – susyło sie i jak małe dziecko miało biegunke to się dawało;
Koński szczow – zatrzymać biegunke.
Bolenie garła
Jabka święcili na św. Błażeja zeby święcone zjeś to garło przestanie boleć;
Jak garło tak bolało ze ni mogła mówić – brała cyste nafty, śmietany na łyżkę to sie jyj przesło (płukać);
Jak z kościoła przychodzili (w Palmowom) to troche te kitki łykali zeby garło nie bolało.
Bolenie głowy
Przykładało sie listki z krzonu abo z kapusty i wyskły na pieprz. Zakładało sie chustke , dawało sie ten listek i łon wysech na popiół na głowie;
Herbata z pierwiosnka, kurzyf łapek jak głowa bolała;
Jak głowa bolała chuścina zamocona w syrwotce na głowe;
Jak głowa bolała krzon tarty posypali po głowie;
Liście z krzonu jak bolała głowa, troche wódkom pociapkali.
Boleści brzucha
Wrutyc pili herbate na jakiesi boleści;
Dzieciom dawali herbatki na ból brzuska na wiatry – koperek, kminek;
Na brzuch lubscykówka;
Brzuch jak boloł – liście z kapusty łobkładać abo spirytus.
Bolenie zębów
Szałwijo – jak zęby bolały;
Jak dziura w zębie boli – włożyć spirytus, cosnyk abo goździk;
Ząb boloł zimno wode sie trzymało w gębie, spirytus polący;
Jak dziecku wylecioł ząb to sie rzucalo zęba na piec i trza było powiedzieć tak: “Mos piecku drewniany a dej mi kościany.”;
Zęby jak buł dziod to wyrywały, nitka abo snurkiem przywiązuwali;
Jak duzy to sie tyle cekało tyle robiuło jak sie zacął rusać, jak juz był porusany to juz prędzy wysed.
Boloki (coś w rodzaju czyraków)
Cebula – na rany, na boloki, podpiyc na piecu i dać na boloka;
Lilia bioło na zranienie, ropnie i cyroki;
Len nasienie na cyroki i ropnie;
Rozgrzono maś ichtiolowo jak ciągło, bolało;
Na czyroki kwaśno śmietane i listek z babki zeby ciągło.
Brak apetytu
Dzwonek herbata na apetyt;
Mocne ziele na trowienie.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Uczulenie
Maciyrzanke, dziki rumianek malutki – dzieci sie kąpało – wzmocniało kości, przeciwzopalnie działało. Tyz na uczulenie dlo dzieci;
Uczulenie – mleko kozie
Ukąsenie łowadów
Na ukasenie – natka pietruski, cebula;
Ugryzienie łowadów, nie było przedtem te gadziny takie do ugryzienio jak teroz.
Ukąszenie przez żmije
Jak żmija ugryzła to baca zacytuwoł;
Jak w lecie chodziuły na borówki, grzyby – mama ucinała snurecek wtórem łowinięto buła Palma święcono – przywiązuwała do palca albo nad kolanem (zeby zabeźpiecyć przed ugryzieniem węza, zeby ni mioł dostępu). Do tego casu tak robi. Roz nie zawiązała i ugryzła jom żmija.
Wąż ugryz pogryź tabaku abo jak fto żeby miol bez rany to wyssać krew ino zeby nie buło zranień w gębie abo zepsutyf zębów.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Jak dziecko ni mogło spać
Zamias cumelka do smatki cukru – dziecko troche posłodziuło i spało.
Jak sie cosi wbiuło
Węzie wylenisko – jak się chodziło boso i cosi się wbiuło to wyciągało;
Wylenisko węzie jak sie wbiuło drzozge abo ciyrnioka to wyciągało;
Węzie wylenisko jak coś miałaś wbite przyłożuło sie i wyciągało;
W starem domu my miały pod sufitem, żeby nifto nie dostoł.
Jęcmień na oku:
Na jęcmien złotem pierścionkiem abo jęcmieniem pociyrali;
Jak jecmień na łoku – zboze na boisku co leciało do gratyny wydłubywało sie to zboze, polulo w piecu i wtencos schodziuło.
Jelita, wątroba
Zwonek – herbata dobrze na jelita robi i na wątrobe; nie wolno w lecie pić jak…
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Żołądek
Jałowiec – torki gryzło sie na żołądek, na brzuch 1-5;
Herbata z madry jak żołądek boli, dziurawiec, mięta, rumianek;
Na żołądek jak dzieci choruwały przesmażyć kwaśnom śmietane i nakładać
na żołądek;
Nakładać pieluszke rozgrzonom jak był przeziombiony żołądek;
Wrutyc, piołyn na żołądek;
Jak siadło na żołądku – tatarak (korzeń);
Kopelnik to tyz na żołądek;
Na żołądek – centuria – takie żółte kwiotecki, rosło na polu, teroz mało tego;
Jak żołądek boloł abo kaszlały to herbate ze ślazu robiuły. Wrzącom wodom sie
zaparzyło abo sie zagotuwało, moja mama gotuwała.
Żylaki
Maś nagietkowo na żylaki.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Świyrzb
Świyrzby naciyrało sie kapuśniorkom;
Uraźny kamień w potoku taki siwy – tarły;
Na świyrzb u Podstawskiego w aptyce robiuły maś, ratuwała ludzi całe ciało sie
smaruwało trzy dni i trza do cysta sie przebrać.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Trowienie
Melisa, mięta na trowienie;
Na trawienie piyrsy lyk to piołyn, centoria, mięta. Na strychu było nakładzione cała
kupa na zime.
Zaparzało sie w duzem gorcku i to pili.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Mordowisko, morzysko
Na mordowisko lubscyk sie dawało;
Ziela – melisa; wrutyc na brzuch na morzysko;
Na mordowisko ziela lubscyk z wódkom, boże drzywko;
Na mordowisko nic nie poradziły umar chodok, wióz go do Krynice, nie dowióz go –
umar. Na pociągu z tyłu buło miejsce. Różne radziły, nawet i uroki, robiuly, Jak buł
skręt kisek nic nie poradziuko sie musi byłc operacja.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Nerwy
Buk na nerwy, postoć przy niem;
Gałązki brały dawały w pościel pod prześciyradło;
Melisa na uspokojenie, na spanie, z jojkiem sie downi jadło;
Dzwonek to na serce.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Licka
Na wiosne wiercili w brzozie dziure, wkładali rurke i ten sok był na włosy, na cere.
Lisaje
Na lisaje chłop kulawy ze Suche Strugi kurzył fajke, z fajki baga – znikło.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Gorącka
Brzoza jak aspiryna na gorącke;
Syrwotke mocyło sie bioło smatke (lniano) zamocyć, wyściskać zeby sie nie loło i
przykładało – to sie gorącke lycuło.
Lyki starodowne Wom przekazujemy ino łodpowiedzialności za nif nie bieremy!
Astma, duchota
Len na astme, mama piuła pół śklonki wywaru ze lnu;
Na duchote – sły do koni i łoddychały.
zamowianie podłaźnika zapraszanie podłaźnika, wręcz napytywanie go do przyjścia na Podłazy, już wcześniej, lub podczas powrotu z kościoła
zimioki ze śliwiankom – danie wigilijne, zupa ze suszu owocowego
zimioki postne z kapuśniorkom – danie postne ugotowane na kapuśniarce
zimioki z bryndzom – ziemniaki okraszone bryndzą owczą
zupa grzybowo – zupa grzybowa – danie wigilijne
zywina – zwierzęta gospodarskie
w kumorze – w komorze
w łoborze – w stajni
Wilijo – czyli WIGILIA (z łaciny: czuwanie, oczekiwanie)w regionach karpackich, również u Górali Piwniczańskich nazywana wiliją,jej kulminacyjnym momentem jest postna uczta obrzędowa, spożywana o zmierzchu, po zapaleniu się pierwszej gwiazdki
wisceć – przeraźliwie krzyczeć
wiyś sie – darzyć, szczęścić
woda z piniązkami – nabierano o świtaniu wodę z rzeki lub nawet studni i wszyscy domownicy myli się w niej (w misce lub szafliczku), często po uprzednim wrzuceniu do wody drobnych pieniążków, „dla zapewnienia dostatku”
zdarzało się , że pieniądze z miski wyjmowano ustami, co gwarantowało, „że będą się trzymać ludzi z tego domu”
woda zywo – woda ze źródła lub naturalnych cieków (strumienia, rzeki ,potoku), mająca ponoć szczególną moc: oczyszczającą, zapewniającą zdrowie lub wręcz przywracającą je
wrózenie łod św. Łucyje – (13 grudnia) do Wigilii- wróżenie z 12 dni pogody na 12 miesięcy
wrozenie z gałązki wiśni abo czereśni – dziewczęta w dzień św. Łucji wkładały do wody gałązkę czereśni lub wiśni, a w wigilię oglądały ją, czy zakwitła. Jeśli zakwitła to oznaczało to wyjście za mąż w przyszłym roku.
wrózenie z gwiozd – po wieczerzy gazdyni wychodziła przed dom i patrzyła w niebo: jeśli było na nim dużo gwiazd, to wróżyło , że „kury w nowym roku będą znosiły dużo jajek
wrózenie z rachuwanio drewien – dziewczęta po wieczerzy wigilijnej przynosiły drewo pod piec i liczyły czy do pary
wrózenie z licenio kołków – dziewczęta po wieczerzy wigilijnej obejmowały kołki- sztachety w płocie -parzysta liczba oznaczała ślub w najbliższym roku;
wrózenie z licenio pestek pozostałych po wieczerzy – dziewczęta po wieczerzy wigilijnej liczyły pestki ze zjedzonych przez siebie potraw , ilość parzysta –ślub.
wrózenie z węgielków – po włożeniu chleba do pieca, niektóre gospodynie odsuwały z wygarniętego żaru na bok kilka rozżarzonych węgielków, nadawały im nazwy poszczególnych upraw (kapusta, ziemniaki, owies itd.) i obserwowały, który z ogarków okrył się grubą warstwą popiołu. Wróżyło to dobry urodzaj na daną jarzynę czy zboże Niekiedy tę wróżbę zaczynano tuż przed wieczerzą, kiedy w piecu był jeszcze żar, a rozstrzygano po niej.
wrózenie ze scekanio psa – dziewczęta po wieczerzy wigilijnej wybiegały na pole i słuchały psa, skąd zaszczekał z tej części wsi miał przyjść kawaler
wrózenie ze siana -domownicy wyciągali po wieczerzy wigilijnej spod obrusa źdźbła siana- z ich długości (długie, krótkie, średnie itp.) i wyglądu (świeże – zielone, żółte, pogniecione, połamane itd.) wróżyli jak długo będą żyć i w jakim zdrowiu.
wrózenie z łodzywanio świnie w chlywku – wróżący pukali w ścianę chlewu i ile razy świnia „kwikła”, za tyle lat pukających czekał ślub
wrózenie z łowsa – wróżenie z owsa -do kieliszka napełnionego wodą wrzuca się ziarnka owsa, jeśli opadnie na dno to wróży nieszczęście
wrózenie ze śmieci –panny po sprzątnięciu izby w dzień św. Szczepana , wyrzucały śmieci na gnojowisko i patrzyły, z której strony przyleci ptak, z tego przysiółka miał przyjść przyszły mąż.
wróżba urodzaju – podczas wigilijnej wieczerzy gospodyni stawiała miskę z kolejnymi potrawami na opłatku, leżącym pośrodku stołu albo na ziarnie owsa (czasem był zmieszany z pokruszonymi opłatkami). Po zjedzeniu potrawy sprawdzano, czy opłatek/ owies przykleił się do jej miski. Była to wróżba urodzaju na te uprawy, z których ugotowane było danie (np. na ziemniaki i śliwy, kapustę i groch itp.
tłucenie sie łowsem – w dzień św. Szczepana gdy święciło się w kościele owies chłopcy obsypywali dziewczęta – „na pomyślność”
ściganie sie w casie powrotu z kościoła w Boże Narodzenie- zabieg magiczny opisany niżej, wykonywany jednak przez wielu gospodarzy dopiero w Boże Narodzenie
ściganie sie w casie powrotu z Pastyrki – wracający z kościoła, starali się jak najszybciej, przed sąsiadami, dotrzeć do domu co miało wróżyć o pomyślności oraz szybkości wykonania prac rolniczych w przyszłym roku
śliwianka -polewką z suszonych śliw
światy – zwykle z opłatka a w czasach późniejszych również ciastka (często owsiane lub ciemne, razowe). Opłatki były najczęściej w kształcie kółek, sklejano z nich kuliste formy i wieszano u dołu podłaźniczki
świątecno łodziata- ubranie świąteczne, „jak na niedzielę”, na wieczerzę wigilijną ubierano się świątecznie, ważne było by wszyscy mieli na nogach buty, „żeby nie było biedy w nadchodzącym roku”, „żeby w domu był dostatek i pieniądze” a także żeby to nogi by cały rok nie bolały i nie ropiały”
snopek łowsiany – przynoszono ustawiano zwykle w kącie izby gdzie spożywano wieczerzę,(patrz łokot), wytłumaczenie obecności snopka zboża w wigilijnej izbie – miał on symbolizować woła, który w stajence betlejemskiej czuwał przy Dzieciątku.
spruguwać – spróbować
sprosanie na wiecerzo dzikif zwierząt – gospodarze symbolicznie zapraszali na wieczerzę dzikie zwierzęta, które wyrządzały szkody w gospodarstwie: wilki, lisy, szczury, myszy, drapieżne ptaki. Zwykle rzucano łyżką garść jedzenia na okno lub za drzwi, wołając np. po trzykroć: „wilku, wilku, do wieczerzy lub: „wilku, lisku, szczury, myszki! Chodźcie do nas na wieczerzę! A jak nie – nie przychodźcie cały rok!” Niekiedy wołano lisy na wigilię, „żeby kur nie brały, gdzie indziej przyzywano na wieczerzę dzikie ptactwo: „chodźcie, ptaki, do nas na kolację!”, żeby w lecie nie robiły szkód w dojrzewającym zbożu. Był niegdyś zwyczaj zostawiania na noc na stole wigilijnym po kawałku chleba od każdej z domowników dla ptaków drapieżnych, „żeby szkód wśród drobiu nie wyrządzały”. W Boże Narodzenie wyrzucano go „na pole”, dla ptaków.
suski – susz owocowy (śliwki, jabłka, gruszki), leśne grzyby
rewać – płakać
rorotki – roraty
rościylanie potrowu – zabieg magii urodzaju polegający na rozścielaniu przed wieczorem na całym boisku w stodole słomy i siana, „żeby stodoła cały rok była pełna”
rościylanie siana abo słomy – po przyjściu ze stajni gospodarz rozwiązywał słomę (lub snop)spod stołu, rozścielając ją po podłodze, pozwalano dzieciom turlać się po niej i skakać, a nawet spać na słomie przez noc; czasem było to siano i sloma a czasem tylko siano. Wierzono ,że to zapewni zdrowie i siłę
ryby „z potoku”- późniejsze danie wigilijne, ryba złowiona w potoku lub w Popradzie .
pałyga – rozgotowane śliwy suszone, podprawione mąką
Pastyrka Północka – uroczysta msza św. odprawiana w noc Bożego Narodzenia o północy, do liturgii wprowadzona w IV w.
piyrogi z bryndzą – pierogi z farszem z bryndzy i ziemniaków
piyrogi ze suskami – pierogi ze suszonymi śliwkami, częste danie wigilijne w okolicach Piwnicznej
piyrso gwiozdka – w niektórych domach dzieci wypatrywały na niebie pierwszej gwiazdki („betlejemskiej”, która oznajmiała narodziny Dzieciątka Jezus), dając sygnał do rozpoczęcia uroczystej kolacji
podłaźnicka -starsza forma zielonego drzewka, przetrwała jako najważniejszy atrybut obrzędowy świąt Bożego Narodzenia co najmniej do późnych lat 30. XX wieku. Robiono ją albo z młodej, małej jodełki, albo ze ściętego wierzchołka większego drzewa. Zawieszana u powały, na tragarzu, najczęściej czubkiem w dół, choć czasem i odwrotne– do dołu odziomkiem. Umieszczano nad samym stołem, albo gdzieś w jego pobliżu
podłaźnik – człowiek przychodzący po pasterce z życzeniami,którego gospodarze „zamawiali” już wcześniej, lub podczas powrotu z kościoła( rytuał magii dobrego słowa i magii obfitości, połączonym z wątkami matrymonialnymi). Musiał to być koniecznie mężczyzna, zaprzyjaźniony z rodziną gospodarza, lub co najmniej znajomy,uczciwy, życzliwy, dobry, koniecznie zdrowy, ale też prymy, postawny i urodliwy. Dobrze jeśli „miał się” ku córce gazdów i był mile widziany. Na podłazy przychodził w wigilię w nocy, po północce, ewentualnie – w Boże Narodzenie. Musiał iść „z dołu” ,a wychodząc iść „do góry” aby gospodarka u odwiedzanej rodziny „rosła”. Podłaźnik przynosił do odwiedzanego domu chleb „żeby go tam nigdy nie brakowało, często także wódkę, zwłaszcza gdy szedł do domu upatrzonej dziewczyny. Niósł ziarno owsa np.w wełnianej rękawicy,niekiedy zmieszane z drobnymi pieniędzmi. Wchodząc do domu pochwalił Pana Boga, owies rzucał po izbie ruchem siewcy a także wypowiadał życzenia, np.: „Na szczęście, na zdrowie, na to Boże Narodzenie. Podłaźnik mógł przynieść do domu gałązkę jedliny, zatykał ją w futrynę drzwi wejściowych „na szczęście. Podłaźnik był b.serdecznie przyjmowany goszczony, częstowany wódką i jadłem. Gdy odchodził dawano mu chleb, w podziękowaniu za „dobre słowa. U górali piwniczańskich przywiązywano dużą wagę do udanych podłazów. Szczególnie starsi ludzie wierzyli, że „jak przyjdzie dobry podłaźnik, to będzie się wszystko w tym domu i w gospodarce darzyło”
powrósła – w dzień św. Szczepana gospodarz, ze słomy lub siana, które od wigilii były pod stołem- kręcił powrósła, potem szedł do sadu i obwiązywał nimi wszystkie drzewa owocowe, „żeby dobrze rodziły a także by nie szkodziło im robactwo”
pust – post
na podłoz – chodzenie na podłaz rytuałem magii dobrego słowa i magii obfitości,
przychodził w wigilię w nocy, po północce lub w Boże Narodzenie
na wyprzódki” – wracając z nabożeństwa, gazdowie „na wyprzódki” biegli do domu, wierząc, że kto pierwszy dotrze do swojej zagrody, ten „piyrsy zrobi wiosne” jako pierwszy zakończy z powodzeniem wiosenne prace polowe
maśnicka – maśniczka, gospodarz odkładał do niej w casie wieczerzy po trzy łyżki każdej z potraw, oprócz grochu okrągłego – bo by się” krowy gziły:, po wieczerzy brał maźniczkę z odłożonym dla żywiny jedzeniem, dokładał opłatki ze stołu i szedł do stajni – podzielić się wieczerzą ze zwierzętami: bydłem, owcami, koniem. Wyjątkiem były świnie, które jedzenia z wieczerzy nie dostawały, bo jak wierzono „nie chciałyby zdychać przy świniobiciu”
łobchodzenie chołpy i łodmowianie pociyrzy- trzy razy (w prawo) po Pasterce
łobciosuwanie jedle – obciosywanie gałązek jodłowych aby zatknąć kolo drzwi, lub podścielić pod krowy aby były zdrowe
łobmycie we wodzie- obrzędowe mycie się we wodzie żywej np. źródło, potok , lub przyniesionej do domu w drewnianej putni. Nie zawsze odbywało się w wigilię rano. W niektórych rodzinach miało ono miejsce przed wieczerzą, przed wyjściem na północkę (pasterkę), gdzie indziej o północy lub rano w Boże Narodzenie
łobrącka z becki -obręcz z beczki , np. rozeschniętej nasypanie do niej trochę owsianego ziarna z wigilijnego stołu
łobrus- obrus na stół wigilijny niegdyś zwykle z lnianego, domowego płótna własnej roboty lub nawet lniana płachta
łokot lub łokłot – snop zboża wnoszony przez gospodarza do izby przed wieczerzą snop w okolicach Piwnicznej najczęściej owsiany bo ze względów klimatycznych owies był główną uprawą zbożową . Czasem mógł to być snop żytni. Powinien być dorodny i zgodnie z tradycją – niemłócony, zawierający ziarno. Później to ziarno służyło też do zabiegów magii urodzaju.
łowies – ziarno owsa, na stole wigilijnym na obrus sypano ziarno owsa w ilości od garści po spory woreczek , czasem do owsa dokładano drobne monety, „żeby pieniądze domu się trzymały” Na owies powszechnie kładziono opłatki (całe lub pokruszone) oraz chleb, czasami zostawiany na stole aż do Nowego Roku, „żeby przez cały rok chleba nie zabrakło. W dzień świętego Szczepana przed pójściem do kościoła, ze stołu wigilijnego brano ziarno owsa do woreczka (czasem była tego „kwarta” i więcej), do poświęcenia.
łyzka drzewiano – łyżka drewniana,którą jedzono z jednej miski podczas wigili, każdy brał swoją łyżkę do ręki i nie mógł jej wypuszczać do końca wieczerzy. Gdyby łyżka spadła – wróżono, że ta osoba nie doczeka następnej wigilii
kapusta z grochem – danie wigilijne
kapuśniorka – woda spod kiszonej surowej kapusty
kasa ze śliwkami – danie wigilijne ( rarytas)
kluski z makiem- danie wigilijne
kolenduwanie ze sopkom – chodzenie po kolędzie ze szopką
kolenduwanie z gwiozdom – chodzenie po kolędzie z gwiazdą
kolenduwanie z turoniem – chodzenie po kolędzie z kozą – turoniem
kołoc kołacz drożdżowy z serem.
kompot ze susek- kompot wigilijny z suszonych owoców( jabłka, gruszki, śliwki)
korpielanka – wigilijna zupa z brukwi
kozde potrawy trza zjeść choć trochu – każdej potrawy należało spróbować choć łyżkę „żeby głodu w roku nie zaznać”
kropienie po pastyrce – ospodarz urywał gałązki jodłowe, w domu maczał je w wodzie święconej i kropił w domu
jak co święte –jeśli coś poświęcone
jałowo – bez jakiejkolwiek omasty
jedlicki – młode jodełki
gotuwane korpiele – gotowana brukiew
groch okrągły – groch okrągły dodawany np. do kapusty na Wigilię
groch piechotny – groch kolorowy, krasiaty, sadzony po ziemniakach
groch ze śliwkami – danie wigilijne, groch ze suszonymi śliwkami
grzyby zaprawione razowom mółkom – danie wigilijne
chlyb – chleb
chodzić po chołpaf – odwiedzać inne domy
cielicki – cieliczki ( w życzeniach oby się darzyły)
borsc z buroków z zimiokami abo grochem Jaśkiem – danie wigilijne barszcz z ziemniakami albo fasola Jaś, a dużo później – czysty barszcz z uszkami kapuściano-grzybowymi.
brajka z gruszek – danie wigilijne z rozgotowanych grusek
bukta – bułka drożdżowa pieczona na święta mogła być zawijania z kakaem, marmoladą z dyni lub serem
Wiedza o obrzędach dorocznych odchodzi z kolejnymi pokoleniami górali nadpopradzkich. Przez wiele lat stan badań w tym zakresie był skromny i wycinkowy. Sytuację poprawiała nieco działalność regionalistów skupionych wokół zespołu :Dolina Popradu” oraz etnografów z Muzeum Okręgowego w II połowie XX wieku. Dopiero jednak w XXI wieku – kwerendy, wywiady terenowe prowadzone przez kilku członków zespołu, studentów Studium Folklorystycznego przy MCK SOKÓŁ oraz cykl wywiadów prowadzonych na zlecenie tej instytucji – przyczyniły się do wzbogacenia wiedzy o tej obrzędowości. Opisana została szerzej w „Kulturze Ludowej Górali Nadpopradzkich od Piwnicznej i Rytra” (Kraków 2021).
Z badań wyłania się obraz pewnej zachowawczości w zachowaniach i kształtowania tych zachowań w warunkach obcowania z surową górską przyrodą. Ludzie przez wieki żyli w zamkniętych enklawach, w grupach domów lub licznych , rozsianych po górach przysiółkach. Żyli w rytmie natury, wyznaczanym przez pory roku. Wzory zachowań były przekazywane pokoleniowo kultywowanie zwyczajów stanowiło jakby rękojmię bezpieczeństwa. Przedstawiony poniżej „kalendarz obrzędowy” jest tylko częścią bogatej mozaiki obyczajowej, układanej z wiedzy niedoskonałej i fragmentarycznej , ubogaconej o garść informacji z obrzędowości rodzinnej (chrzest)oraz o opisy wykonywania niektórych ciekawych czynności.
Niedziela Palmowa
Ostatnia niedziele przed Wielkanocą nazywano Niedziela Palmową. Wtedy święcono palmy. Były to ok. 40cm gałązki z drzewa zwanego rokita razem powiązane sznurkiem, od dołu zostawiano ok. 30 cm rączkę do trzymania, potem od tych 30 cm, w górę przystrajano na przemian raz kwiaty z bibuły raz bazie, raz barwinek, strojąc wkoło palmy. Na samym czubku były gałązki z baziami. Palma często przystrojona była wstążkami z bibuły. Rękojeść obwinięta była specjalnie skręconym batem. Bat ten na wiosnę służył do smagania krów, przy pierwszym wyprowadzaniu na pastwisko żeby cały rok były zdrowe. Bazie z palmy podawano krowom, jedząc je miały zapewnione ze będą takie pulchne i okrągłe jak te bazie. Palme po przyniesieniu z kościoła stawiano w rogu okna w głównym pokoju. Palme przechowywano cały rok, a tę z zeszłego roku palono była poświęcona i nie można było jej wyrzucać.
W Wielki Czwartek niektórzy jeszcze pracowali w polu do południa. A gdy ucichły na kościele dzwony to kołatano kołatkami. W Piwnicznej chodzili do rogatek miasta kłapacze z kołatkami. A Wieczorem należało iść do kościoła na nabożeństwo, szedł każdy, kto mógł.
W Wielki Piątek wyłączano zegary, aby nie chodziły w dniu śmierci Pana Jezusa na znak żałoby. Nie pracowano w polu bo ziemia śpi jak Pan Jezus i nie rąbano drzewa. Nie obmywano się w rytualny sposób. Grób Chrystusa robił kościelny z zakonnicami, ozdabiano go: świecami, kwiatami z ogródka jak już były i baziami czasem też w kościele parafianie przystrajali grób Pana Jezusa hortensjami i kaliami. Przy grobie tak jak obecnie stała na baczność straż i ministranci, zmieniając się co pól godziny.
W Wielką Sobotę z rana można było pracować w polu. Po południu wszyscy szli do kościoła. Rozpalano ogień z palm święconych, koło domów nie palono ognisk.
Święconą wodę brało się na kolędę i na błogosławieństwo i na śmierć, ogarek chowało się wraz z wodą na szczęście.
Do południa gospodynia szła ze święceniem: w koszyku z wikliny była pszenna bułka, sól, jajka, chrzan, ziemniak surowy (okrawki z niego wrzucano potem do worka z sadzeniakami żeby się ziemniaki urodziły), jabłko, szynka swojej roboty, kiełbasa swoja, olej lniany, masło, pieczony baranek. Dzieci nie miały koszyczków – była bieda.
Nie malowano jajek, czasem gotowano w łupinach cebuli. Skorupki z jajek święconych wynoszono na pole i zakopywano aby nie było myszy w polu.
Wielką Niedzielę zaczynano rezurekcją w kościele o godzinie szóstej rano, kto mógł to szedł. Po powrocie było uroczyste śniadanie, jedzono jajka i wszystkie poświecone pokarmy. Z poświęconych pokarmów, z ich resztek robiono ,,święconkę” aby się nie zmarnowały i było to: kwaśne mleko, jajka, chrzan, szynka, kiełbasa, śmietana kwaśna, chleb, bułka – co było. Na obiad jedzono rosół a święconkę na drugi dzień z tego co zostało. Ze zwierzętami w oborze nie dzielono się pokarmami.
W Poniedziałek już od północy oblewano się wodą – wszyscy – wszystkich. Uważano, że im więcej dziewczyny były polane tym większe będą miały wzięcie u kawalerów. Wtedy tez robiono sobie różne psoty nawzajem, np. rozbierali wozy i składali je na dachach, ostrewki opierali o drzwi nie przyznawali się nikomu i nie opowiadali kto to zrobił. Wieczorem spotykali się razem, przychodzili muzycy i grali, śpiewali tańczyli.
W poniedziałek wielkanocny do południa gospodarze nosili i wtykali po polach krzyżyki, domownicy tez im w tym pomagali. Miało to przynieść urodzaj i zachować od klęsk i nieszczęść. Gotowano odświętny czyli mięsny obiad lub święconkę. Szło się w gości do sąsiadów i rodziny.
Święcenie pokarmów
W Wielką Sobotę drogi i ścieżki górskie zaludniały się, górale schodzili do kościołów aby
poświęcić pokarmy na śniadanie wielkanocne. Mimo chłodu, z gór schodzono boso – tak szanowano obuwie. Już od wczesnych godzin rannych w gazdówkach nad Popradem trwała gorączkowa krzątanina, jak mówiono uwijacka. Kobiety przygotowywały i wkładały do koszyków pokarmy wyprodukowane w gospodarstwie a nawet ziemniaki – okrawki do posadzenia. Przeważnie do święcenia szły kobiety z dziećmi, ale zdarzało się, że gdy odległość do kościoła była znaczna, pokarmu było dużo lub gdy, jak mówiono, gazdyni słabowała kosz zawinięty w łoktuskę niósł na plecach mężczyzna.
W Piwnicznej były wybrane miejsca, zwykle przy przydrożnych kapliczkach położonych najbliżej kościoła gdzie zwyczajowo wzuwano buty, trzewiki lub kiyrpce. Nogi owijano onuckami czyli skrawkami lnianego płótna, zwykle z przyniszczonej odzieży lub bielizny. Buty przecierano a nawet glancowano i radośnie, z godnością ruszano w dalszą drogę. A droga bywała długa i trudna. Szczególnie z gazdówek położonych na Kokuskich górach, pod Niemcową czy na górach nad Łomnicą. Gdy nie było jeszcze parafii w Łomnicy, Głębokiem i Kosarzyskach mieszkańcy tych miejscowości szli święcić do kościoła parafialnego w Piwnicznej a w przypadku Rytra i okolic udawali się do Barcic.
Zdarzało się że gdy na wiosnę powódź zabrała most, wówczas mieszkańcy prawobrzeżnych miejscowości nad Popradem korzystali z usług przewoźnika ale bywało i tak, że ksiądz święcił pokarmy przez wodę i mieszkańcy Łomnicy schodzili przez górę na Zawodzie.
Starano się przyjść do święcenia o wczesnej porze żeby po powrocie zdążyć przygotować postny obiad a wieczorem udać się na nabożeństwo do kościoła. Do święcenia ludzie przychodzili odświętnie ubrani w koszyki nakrywano białymi serwetami i przyozdabiano zielonymi gałązkami. Po przyjściu do kościoła klękano, pod chórem, koszyki wyjmowano z łoktuski, potem podchodzono bliżej ołtarza , odkrywano nawet serwety bo powszechnie uważano, że krople święconej wody muszą spaść na pokarmy.
Przed pierwszą orką
Na wiosnę, przed rozpoczęciem prac polowych gazda dokonywał rytualnego poświęcenia zwierząt pociągowych, a więc wołów lub koni oraz sprzętów służących do pracy w polu. Do tego obrzędu używano święconej wody i gałązek z palmy, jako kropidła.
Podobny rytuał święcenia przy użyciu tych samych rekwizytów miał miejsce podczas pierwszej wiosennej orki. Gospodarz dokonywał rytualnego poświęcenia ziemi „na urodzaj i żeby chroniło plony od zarazy”. Miał z sobą palmę, wodę święconą i pług. Orał ok. 3 metrów, przeżegnał się i wkładał pod pierwszą skibę zielone gałązki z palmy.
Majówki
Na terenach nadpopradzkich, po górach i dolinach rozsiane były kapliczki, przy których w majowe wieczory rozbrzmiewał piękny śpiew litanii Loretańskiej i pieśni maryjnych. Kobiety opiekujące się kapliczkami przed rozpoczęciem majówki przystrajały obrazy i figury Matki Bożej kwiatami polnymi lub zerwanymi z ogródków. Potem licznie gromadzili się mieszkańcy przysiółków czy grup domów. Warto wiedzieć, że w Polsce nabożeństwo majowe znane było już w XVIII wieku. Jednak jego rozkwit przypada na pierwszą połowę XIX wieku a od lat 70. XIX w. majówki były odprawiane także przy przydrożnych kapliczkach.
Majenie
W maju lub w czerwcu, siedem tygodni po Wielkanocy obchodzono święto Zesłania Ducha Świętego zwane Zielonymi świątkami. W przeddzień tych świąt – przybierano czyli majono domy i obejścia a nawet płoty całymi brzózkami lub tylko odłamanymi zielonymi gałązkami brzozy. Był to czas kończący cykl obrzędów wiosennych i zamykający liturgiczny okres Wielkanocny. Brzózki przynosili mężczyźni i maili koło drzwi i okien, czasem gałęzie wtykano również w ziemię przed wejściem do chołpy. Często gazdowie zabierali ze sobą starszych synów aby ich wdrożyć do kontynuowania tego ciekawego zwyczaju. Pięknie wyglądały dawne nadpopradzkie wsie gdy każdy dom był umajony i przez to upodobniony do całej otaczającej go przyrody w okresie jej największego rozkwitu. Brzózki pozostawiano przez tydzień a nawet do końca oktawy Bożego Ciała, następnie palono.
Pasterstwo i strzyżenie owiec
Góralszczyzna nieodzownie łączy się z pasterstwem i utrzymywaniem owiec. Region Górali Nadpopradzkich oraz tereny na wschód od niego to obszar, na którym w XIX i do połowy XX w wypasanych stadach owiec rasy cakiel ostrowełnisty, rozpowszechnionej w całych Karpatach, przeważały osobniki czarne. Przekładało się to na kolor wytwarzanego przez miejscowych rzemieślników sukna wełnianego, z którego szyto elementy ubioru, głównie męskie portki oraz okrycie wierzchnie jak cuchy, gurmany, gunie. To dlatego tutejsi górale określani są jako czarni. Potem w skutek przemian cywilizacyjnych, udoskonalania hodowli owiec oraz zaniku stroju regionalnego występowanie czarnych osobników w stadach stało się rzadkością.
W roku 2014, dzięki ciekawej inicjatywie grupy osób, nastąpił powrót czarnej owcy na nadpopradzkie hale. Owce strzyżono dwa razy do roku – na wiosnę i w jesieni. Strzyżenie należało przeprowadzać równomiernie, pozostawiając możliwie jak najkrótszą wełnę uważając przy tym, by nie skaleczyć owcy. Ostrzyżoną wełnę należało rozłożyć w celu wysuszenia czyli dojrzewania runa na 2-3 doby. Wełnę około grzbietową składało się osobno a spod brzucha i z nóg osobno. Kolor wełny zależy pośrednio od wieku owiec, które z upływem lat siwieją.
Ważny był dobór odpowiedniego terminu strzyży bo jak wspominał stary baca: “Jak sie wygnało na hole łowce a buły za późno łostrzyzone – nierycho łostrzygli i jak przysło zimno to łowce marzły, a jak łostrzygli wceśni to juz miały choć centymeter wełny na sobie. Strzygli abo same gazdy abo napytuwane strzygoce. Jak gospodorze strzygli to jeden drugiemu pumogali, jeden z tyłu, drugi przód, głowe, kark łostrzyg, Chocftóro łowca miala gęściejso wełne, nieftóro rzodso.” Tak przez długie lata strzyżenie owiec było pierwszą czynnością w długim i pracochłonnym procesie wytwarzania górolskie łodziaty.
Pasterstwo owiec na nadpopradzkich górach funkcjonowało w trzech formach:
Hodowla
W regionie nadpopradzkim powszechna była hodowla zwierząt: koni, owiec, kóz i trzody chlewnej, dawniej także wołów ale przede wszystkim krów. Zajmowały się nimi zwykle kobiety. Rano należało wyczesać krowy. Potem było dojenie, dwa lub trzy razy dziennie gazdyni siedząc w stajni na niskim stołeczku zwanym zydlem lub na pieńku doiła do drewnianego skopca. Przed tym, dla higieny przemywano wymiona ciepłą wodą ponieważ zimna mogłaby powodować zapalenie wymienia, następnie wycierano suchą szmatą a jeśli krowa ciężko – jak mówiono „kwardo sie dojuła” dójki dodatkowo smarowano tłuszczem. Mleko było podstawowym źródłem białka dla wszystkich domowników. Rano najpierw dojono później karmiono bydło ale czasem przed dojeniem gazdyni musiała dać krowie siana lub choć kruszek soli do polizania – jeśli ta nie chciała „puścić mleka. Ilość udojonego mleka zależała od żywienia, czasu który upłynął od wycielenia oraz zdrowia zwierzęcia.
Mleko po wydojeniu przecedzało się przez gęstą szmatę – powązkę, potem zastąpioną rodzajem sitka – cydką.
Wierzono że ktoś nieżyczliwy mógł czarami – jak mówiono – „popsuć” krowom mleko, dlatego na wiosnę przed pierwszym wypędzeniem ze stajni na pastwisko okadzano zwierzęta dymem ze spalonych gałązek poświęconej palmy.
Dni krzyżowe
Nadpopradzcy gazdowie przez wieki troszczyli się o plony wytrwale pracując i modląc się szczególnie podczas procesji na Dni Krzyżowe przed Wniebowstąpieniem. Do przybranych w kwiaty – krzyży i kapliczek rozsianych po polach – ludzie szli uroczyście, całymi rodzinami niosąc obrazy, feretrony, chorągwie. Wychodzili po nabożeństwie w kościele wraz z księdzem i procesyjnie wędrowali po zagonach i polnych dróżkach z przejmującym śpiewem i ufnością, że, jak mówili, Pon Bog zawaruje gazdówki i pola łod wszytkiego złego.
Tak, te błagalne procesje przez długie lata wpisywały się w szachownicę pól nad Popradem i były świadectwem pobożności i gospodarności naszych przodków.
Okopywanie ziemniaków
Jedną z podstawowych upraw na nadpopradzkich polach były ziemniaki. Ich pielęgnacja łączyła się z wieloma terminowymi pracami. Po starodawnemu na wiosnę przyorywano sadzeniaki na tłokach czyli nieużytkach, potem kobiety szły i kopały skiby ,następnie nim jeszcze kieły wyszły z ziemi gospodarz bronował. Gdy krzaczki były już widoczne czyli wyrzędowały się – kopało się z pierwszego. Dopiero potem przystępowano do ogarnywania czyli obsypywania ziemią podrośniętych ziemniaków.
Zwykle kopało po kilka kobiet a należało zacząć wcześnie rano gdy nacina była jeszcze stulona – bo pod wpływem słońca rozkładała się i trudniej było ogarnywać. Podobnie działo się jeśli zbyt późno przystąpiono do pracy czyli gazdyni przespała wiosne i krzaczki były zbyt wysokie, łatwiej je można było złamać – wówczas tempo ogarnywania było dużo wolniejsze.
Ponieważ w domach nie było wody kobiety wracając z pola wykorzystywały wodę ze żłóbów czy studni kadłubowych nie tylko do zaspokojenia pragnienia ale i do mycia zabrudzonych przy pracy na zimiocysku rąk i nóg.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Ścinanie lubczyku
23 czerwca – Wilijo świętego Jona – to brama lata. Wtedy zwyczajowo ścinano sierpem lubczyk z ogródka, dorodne kępki ziela wiązano i suszono wieszając pod strzechą, w przewiewnym, nienasłonecznionym miejscu.
Uważano lubscyk nie tylko za ziele miłości ale i za antidotum na wiele innych schorzeń. Starsi powiadali: Na łoberwisko nic ino lubscyk – z gorcka nie wychodziuł. Gotowano go też z mlekiem.
W tym też okresie ścinano główki koniczyny na nasiona. Zioła w formie suszu lub nalewek były w każdej dawnej, nadpopradzkiej apteczce. Wiedza o ich właściwościach leczniczych była powszechna, a najgłębiej jej tajniki znali znachorzy, wśród nich najbardziej uważana „Morawiczka”.
Kośby
Górskie łąki koszono w terminie późniejszym niż te w dolinach. Najpierw przygotowywano kosę czyli zbijano ją z kosiska, wbijano babkę do pniaka i specjalnym twardym młotkiem klepano kosę uważając by nie wyklepać za cienko czyli nie rozplamić kosy ani jej nie sfalbanić. Łąki kosiło się przeważnie tylko raz w roku, gdy trawa odpowiednio wyrosła. Kośby rozpoczynano wcześnie rano, przeważnie po kilku chłopów. Ponieważ na górskiej trawie kosy tępiły się szybciej – kosiorze mieli w kuzułce osołke do ostrzenia. Kosę ostrzyło się pociągając osołką w obydwie strony uważając żeby się nie skaleczyć.
Mężczyźni kosili jeden za drugim, zachowując dla bezpieczeństwa konieczne odległości, jak mówiono żeby pięt nie ukosić. Każdy starał się nadążyć za najbardziej doświadczonymi kosiorzami – nadając dzięki temu dobre tempo pracy. Ważne było ścinanie trawy jak najbliżej ziemi żeby nie być wyśmianym, że kosi „za poso”czyli tak wysoko, że zaraz i krowy mogą się napaść.
Ponieważ koszenie zaczynano wcześnie rano, nawet o piątej, trzeba więc było kosiorzom wynieść śniadanie do pola. Kobiety i dziewczęta przynosiły często placki dziś zwane pasterskimi i bryndzę albo coś gotowanego np. cyr i zimioki aby ciężko pracujący mężczyźni nie opadli z sił. Podczas tej przerwy na jodło i cygara dziopy ręcznie roztrzepywały siano z pokosów – aby jak najcieńsza warstwa trawy jak najprędzej i najlepiej wyschła.
Na górskich łąkach nad Popradem gromadnie, często korzystając z pomocy sąsiedzkiej- pracowano przy sianokosach. Zwyczajowo należało je zakończyć przed dniem św. Jakuba – 25 lipca. Potem koszono polany leśne i młaki. Dobrze wysuszone siano składano w kopy na ostrewki z okorowanych świerków. Kobiety zagrabywały siano jak najbliżej kopy, mężczyźnie wbijali – zabijali ostrewkę do ziemi a potem całe plajstry siana, najpierw rękami a wyżej widłami układali do kopy na rogale wokół ostrewki- na grubość zależną od stopnia wysuszenie siana, uważając by kopa nie wypukła się czy nie rozjechała się.
W południe była chwila odpoczynku – na Anioł Pański.
Potem starannie ograbywano kopę od dołu aby siano leżące na ziemi po bokach nie gniło. Po tzw. zawiyrseniu czyli założeniu czapki z plajstrów siana na kopę trzeba ją
było zabezpieczyć przed wiatrem aby jego podmuchy nie rozebrały kopy a siano zamiast w stodole nie znalazło się w potoku. Kręcono więc długie powrósła z siana, często przy pomocy grabi. Czynność ta wymagała dużej cierpliwości i dokładności aby powrósło nie rozkręciło się przy zakładaniu na kopę. Potem najzręczniejszy z mężczyzn zakładał powrósło na widły i umiejętnie okręcał kopę zaczynając od wierzchołka ku dołowi.
Ostatnim etapem sianokosów była zwózka siana. Z górzystych, nadpopradzkich pól zwózka była szczególnie utrudniona a nawet niebezpieczna. Stąd konieczność zastosowania czasami zamiast wozu drabiniastego tzw. włók, zbijanych przez samych gazdów. Do włók zaprzęgano konia, siano z kopy przekładano na nie i zwożono do stodoły. Siano musiało być dobrze wysuszone aby potem w trakcie magazynowana nie zaparzyło się. Ważne było odpowiednie ułożenie go na włókach czy wozie, tak aby nie przeważało na jedną stronę, żeby koń uciągnął i aby nie roztracać siana podczas transportu. Istotny był też wybór dobrego, pogodnego dnia na zwózkę, często trzeba się było spieszyć, jak mówiono uwijać żeby obfity, letni deszcz nie zalał siana na furze. Gdy dojazd do pola był szczególnie utrudniony bywało, że trzeba było przekładać siano na lniane płachty – łoktuski, zawiązywać w tobołki i znosić na plecach. Jeśli kóp było kilkadziesiąt wymagało to naprawdę sporego wysiłku. Utrudnieniem były też panujące upały, które potęgowały zmęczenie.
A jednak mimo tego zmęczenia górale potrafili cieszyć się z dobrych zbiorów. Po przyjeździe pod zabudowania gospodarcze siano przeładowywano bezpośrednio do stodoły lub na pięterko. Należało je odpowiednio udeptać, tak aby zmieścił się tam jak największy zapas siana, a przypomnieć jeszcze trzeba o ogromnej ilości kurzu, który unosił się w stodole podczas deptania. I tu, niezależnie od wieku i pozycji w hierarchii gazdowskiej ujawniało się poczucie humoru i umiejętność żartowania nawet podczas najcięższej nawet pracy.
Zmęczone ale szczęśliwe gazdynie opuszczały stodołę aby udać się do chałupiny i przygotować zimną izbę na przyjazd letników.
Dziecko
Od niemowlęctwa dzieci przyzwyczajano do pola, tu je karmiono piersią – plekano, tu usypiano w husiankach. W miarę jak podrastały nakładano na dzieci nowe obowiązki, najczęściej było to pasienie krów.
Zbiór kwiatów lipy
W medycynie ludowej, oprócz ziół, używano części krzewów i drzew: kwiaty lub owoce. Początek lata łączył się z wonią kwitnących lip i brzęczeniem pszczół. Zbierano wówczas kwiat lipy. Ponieważ kapliczki nadrzewne chętnie umieszczano na lipach – wierząc, że Matka Boska w niej mieszka, więc zbiory lipowego lekarstwa często bywały łączone z modlitwą. Kwiat lipy to doskonały środek na gorączkę, przeziębienie – powodujący obfite pocenie się oraz oczyszczenie krwi. Lipami obsadzano teren wokół kościołów, koło domów. Zaś z drewna lipowego wykonywano kołyski, łyżki, rzeźby i snycerkę. Drzewa w porze kwitnienia były prawdziwą ozdobą nadpopradzkiego krajobrazu.
Żniwa
Lato było w pełni, zbliżały się żniwa zwane tu zbiórkami. Kłosy jęczmienia i pszenicy zwieszały się w dół. Mówiono: zboze juz skrupnięte trza kosić. Jeszcze gospodarz robił próbę: urwał kłósko zboża, wykruszył ziarno i próbował: cy źrałe cy nie.
Do koszenia zbóż wysokich używano specjalnej kosy z grabkami – koszono gdy rosa obeschła. Przy zbiórkach pracowano całymi rodzinami. Pszenicę i żyto, koszono na ścianę, podbierano, kręcono powrósła – składając wiązki zboża rząsą do siebie i skręcając je. Takim powrósłem ze swojego źdźbła wiązano snopki. Potem układano je w klapnioki – kucki. Sztuką było ułożyć kuckę tak żeby wiatr przelatywał pomiędzy snopki susząc je, a jednocześnie nie przewrócił klapnioka. Snopki układano rząsą do góry przeważnie po 10-12 zawierszając je snopkiem przełamanym na pół. Nieraz i dwa tygodnie na polu stały kucki. Dopiero gdy zboże w snopach było suche z klapnioków dawano je do kopy.
Jęczmień i owies zaczynano kosić od wczesnego rana – na pokosy, przesuszano, przewracano i po wyschnięciu stacuwano na snopki a wiązano powrósłami z brzeziny lub zeszłorocznego łokota. Tradycyjnie bardzo szanowano ziarno dlatego po skończonej pracy dokładnie zbierano po polu kłóska, tak żeby nic się nie zmarnowało.
Dożynki
W Piwnicznej i okolicach nie było zwyczaju dożynkowego. Wieniec z kłosów robiono na Odpust w Piwnicznej 8 września na Matkę Boską Siewną. Ksiądz zaprowadził taki zwyczaj pod koniec XX wieku mobilizując do wykonania wieńca chętne kobiety ze wsi.
Plecenie wieńca i Odpust
Przed świętem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny zwanym świętem Matki Boskiej Siewnej będącego dniem odpustu Parafialnego – w piwniczańskich przysiółkach trwały gorączkowe przygotowania. Kobiety wyplatały wieńce żniwne na podziękowanie Panu Bogu za plony. Dawniej w formie tradycyjnej, z czasem bardziej w formie artystycznej. Wykonywano je z wybranych, najładniejszych kłosów zbóż, które wyrosły na nadpopradzkich polach. Na wygięty w kształt korony – „szkielet” z leszczyny „Lyski” przymocowywano kępki zbóż: żyta, jęczmienia, owsa i pszenicy. Gdy korona była starannie opleciona kłosami i wiechami – wieniec wieńczono zbożowym krzyżykiem. Następnie przyozdabiano ziołami i kwiatami. Grupy kobiet starały się aby ich wieniec był najbardziej okazały – a wszystko na „Kwale Bożom”. Gotowe – pachnące i kolorowe wieńce kobiety odświętnie ubrane niosły z godnością do Kościoła w Piwnicznej. Jedna z gazdyń piekła chleb z „tegorocnif zioren”, który przynoszono do kościoła i wręczano księdzu. Z dziedzińca kościelnego wnoszono chleb i wieńce do kościoła w uroczystej procesji z radosną wdzięcznością ale i błagalnym śpiewem.
Po uroczystej procesji oraz błogosławieństwie Najświętszym Sakramentem wieńce żniwne były wnoszone do prezbiterium i pozostawione przez ponad miesiąca do dekoracji kościoła i jako świadectwo wdzięczności za błogosławieństwo Boże dla gazdówek.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Kopanie ziemniaków
Na nadpopradzkie pola przyszła jesień. Rozpoczęły się podorywki, siewy ozime i wykopki. Chociaż powtarzane było przysłowie: Od Michała do Jadwigi rosno zimioki na wyścigi. – to z kopaniem trzeba się było spieszyć.
Zaczynało się od skoszenia naciny, która w zimie była paszą dlo zywiny. Pomimo zmęczenia i bólu w krzyżach bywało, że po polach niósła się tęskna śpiewka. Wsypując ziemniaki do worków kobiety spozierały z zadowoleniem, że nie urokiem, zimioki łobrodziuły i zima bedzie syto. Na jesiennych zimiocyskach nad Popradem oprócz
mgieł często wędrowały dymy z ognisk – płonących radośnie i podsycanych przez śtucny wiater czyniony przez dziopskie błękiciory, ogień rozgrzewał zziębnięte bose stopy. W gorącym popiele piekły się ziemniaki, potem smakujące jak mecyje – jedzone
same dla wypróbowania czy gazda dobrą odmianę pomieniał na wiosnę, a potem z dobrze porną bryndzą.
Obieranie grochu
Latem i jesienią na nadpopradzkich polach widać było rzędy tyczek, wyrobionych wcześniej w lesie, którymi tyczono rośliny strączkowe – chętnie sadzone i dodawane do potraw, bo groch lubi kapustę , dobry jest na zupę a nawet zastępuje mięso. Bób, groch okrągły, groch piechotny (krasiaty) sadzony w fasyjkach między ziemniakami oraz groch tycny Jasiek. Niekiedy gazdynie obierały go prosto z tyczek. Ale najczęściej podrywano tyczki z grochem i z korzeniami przynoszono pod strzechę. Groch okrągły składano w kopy do wyschnięcia, potem młócono cepami na boisku (zawinięty w parytę ) i przepuszczano bez mójnek. Grochowiny rżnięto w sieczkarni i dodawano do paszy dla bydła i owiec.
Dopiero w zimie, jak był czas, kobiety łuskały i przebierały groch, często śpiewając przy tym.
Grabanie liści
Karpackie lasy prześwietlone słońcem kryły w sobie wielki bogactwo i przez lata zaspokajały potrzeby ludności. Dostarczały pożywienia, lekarstw i budulca. Zbierano w nich owoce leśne, grzyby, korę, żywicę; z susyc pozyskiwano opał, z drzew materiał na stawianie chołpy, wykorzystywano nawet krzewy i korzenie jako surowiec na wyplatanie. Jesienią kobiety gromadnie szły grabić soske i suche liście. Wygrabywano je przeważnie, w częstych tu – lasach bukowych, pracowicie napełniając tobołki a po przyniesieniu na gazdówkę wysypywano na zagaty – aby ocieplić domy albo przeznaczano na ściółkę pod krowy, oszczędzając w ten sposób słomę.
Ciężkie brzemiącka ze stromych zboczy kobiety ściągały nieraz na gałęziach a dzieci mogły wtedy przeżyć niezapomniany zjazd. Zawiązanie brzemiącka wymagało wiele siły i staranności bo inaczej liście się wysypywały. Leśnymi dróżkami schodziły kobiety uginając się pod ciężarem tobołków z liśćmi. Taką wędrówkę odbywały nieraz po kilkanaście razy.
Kiszenie kapusty
Jesienią w gazdówkach robiono zapasy na zimę.
Ważnym składnikiem wyżywienia była kapusta, więc kiszono ją w dużych ilościach.
Wcześniej beczkę, przeważnie dębową, nabijano, poprawiano klepki, potem wyparzano wlewając wodę i wrzucając rozgrzany w piecu kamień aby po wytworzeniu pary beczka napęczniała i nie ciekła w zimie.
Zebrane z pola i złożone na boisku główki kapusty przynoszono i gazdynie obierały je z liści i rozkrawały na wielkość szatkownicy. Dno beczki wykładano liśćmi, choć w niektórych domach gorsze liście kiszono w drugiej osobnej beczce i były do jedzenia na codzień. Przygotowywano jeszcze przyprawy i jabłka. Ostrym nożem albo siekacem w główkach kapusty szczególnie starannie nakrawano głąbie. Okrawano dokładnie miejsca wygryzione przez gąsienice.
Krązać trzeba było umiejętnie tak żeby nie było odpadów, bo szanowany był każdy listek kapusty – ale też uważać na skaleczenia, bo noże w szatkownicy były dobrze naostrzone.
Gdy kapusta spadająca spod szatkownicy napełniła cebrzyk lub szaflik – wsypywano ją do beczki, na ułożone na spodzie liście. Dodawano koper, sól – dawniej ciemną potem białą tzw. warzonkę, jeszcze listek bobkowy, angielskie ziele, marchewkę, jabłka, czasem małą nieskrojoną główeczkę kapusty. Wreszcie zaczynało się deptanie. Zwyczajowo musiał to robić chłop.
Kapusta dobrze udeptana puszczała sok, który należało wyczerpać. A w zimie w beczce była wywiercona dziurka i rynienką tzw. rywotkiem sok wyciekał do naczynia.
Kiedy już cały zapas kapusty zeszatkuwano i udeptano – na wierzch beczki dawano dongi, i przyciskano je ciężkim kamieniem. Dawniej kapustę jedzono często i w dużej ilości – mierzyło się inaczej: kapusty downo micha, nie jak teroz łyzecki.
Suszenie owoców
Suszenie było podstawowym sposobem konserwacji owoców w dawnych gazdówkach.
Wybierano jabłka i gruszki zdrowe i twarde; przekrawano je na połówki lub ćwiartki, suszono ze skórką. Dawniej w sadach owocowały jabłonie::malinki, renety, ciapurdy; gruszki: zimostrowki, michałki i. bure oraz kilka odmian śliw: luboski, bystrzyce, dymiorki, dymoski , które mniej nadawały się na suski. Najlepsza była węgierka. Jesienią suszono je w przydomowych suśniach o prostej konstrukcji zbudowanych z kamieni i gliny z paleniskiem przykrytym kamienną płytą – tworzącą rodzaj tunelu. Owoce rozsypywało się w sąsiadującej z paleniskiem komorze tak zwanej Losce czyli obramowaniu zbitym z 4 desek – wyłożonym prętami z leszczyny – lyski i przykrytym wrótkami albo luźnymi deskami. Suszenie owoców to sztuka: odpowiedniego doboru drewna, utrzymania stałej temperatury, bo gdy ogień przygasł, temperatura spadła – śliwy zawilgotniały, spociły się i trudno je było dowędzić. Zaś za dużo dymu tylko osmalało owoce. Dobra suszka powinna być błyszcząca i nie za dużo pozgrębiana. Jeśli temperatura była za wysoka owoce mogły się przypalić a to byłaby strata i głód. Najlepsze były suski suszone ciepłym powietrzem i niewielką tylko ilością dymu więc do wędzenia używano drewna bukowego bo wytwarza ono wysoką temperaturę. Nie wolno było użyć drewna wierzbowego bo śliwy nabierały gorzkiego smaku – gószły. Wędzenie trwało więcej niż dobę. Suśnie ze względów bezpieczeństwa znajdowały się daleko od zabudowań a dla dobrego wysuszenia owoców lekki ogień musiał być podtrzymywany. Dlatego jesienią koło suśni robiono prymitywne kolyby i pilnowano ognia przez całą noc. Wędzenie zapasu susek dla jednej gazdówki trwało nawet i tydzień.
Po tym czasie suśnie udostępniano sąsiadom. Suszki stanowiły okrasę potraw, były zwane nawet góralską omastą, dzieci idąc paść krowy zabierały garście suszek i żuły. To było cejco.
Wszystkich Świętych
Zmarłych mieszkańców nadpopradzkiej ziemi w ostatnią drogę odprowadzał kondukt z chorągwią żałobną i krzyżem.
“Już idę do grobu ciemnego smutnego
tam będę spoczywał aż do dnia sądnego.
W tę podróż odchodzę , nic nie biorę z sobą,
w postaci okrytej śmiertelną żałobą.”
Późna jesienią, przed uroczystością Wszystkich Świętych po domach wykonywano kwiaty. Pocięte na odpowiednią szerokość paski gufruwanej bibuły, uzdolnione ku temu kobiety pracowicie skręcały i modelowały w kwiaty. Starały się przy tym aby były one skromne ale ładne. Robiły to w skupieniu, pewnie z myślą i wspominaniem bliskich, których groby miały ozdobić. Następnie kwiaty namaczano w roztopionych resztkach wosku, pozbieranych z grobu zeszłej jesieni, a żeby je jeszcze trochę przyozdobić kolejno zanurzano w suchym grysiku. W ostatnich dniach października kobiety udawały się na cmentarz, aby sprzątać groby i ich otoczenie przed uroczystością Wszystkich Świętych. Dawno mogiły były tylko ziemne, z drewnianym lub metalowym krzyżem.
Później jeśli grób był ziemny to przywożono świeże darnie i obkładano nimi kopczyk. Oczyszczano krzyż, niekiedy zakładając wianuszek spleciony z gałązek jodłowych lub nieśmiertelników . Jeśli zaś były zrobione obwódki z kamienia lub betonu, to dokładnie oczyszczano grób, usuwano liście i zeschłe gałązki, górę obsypywano ziemią albo piaskiem. W obwódce, bokiem jeden za drugim, układano krzyżyki z jedliny albo gałązki ułamane z bukszpanu. Następnie zdobiono owocami dzikiej róży, śnieguliczkami, suchymi kwiatami – słomiankami. Czasem pośrodku grobu, bezpośrednio na ziemi, kładziono wianuszek z jedliny albo suchych kwiatów.
Nie było różnorodnych zniczy ani okazałych chryzantem, może jedynie skromna wiązka jesionek zwanych też michałkami. Ale na pewno była głęboka, szczera modlitwa i serdeczna pamięć o spoczywających w tym grobie. Jeśli były kwiaty z bibuły to starannie wkładano je pomiędzy jedlinowe krzyżyki. Zwykłe świeczki rozkrawano na pół, bo jak wspominają starsi, nie stać było ludzi, nabożnie znaczono na grobie znak krzyża i starannie układano na nim świeczki. Gdy zapłonęły odmawiano w skupieniu modlitwy za zmarłych.
W Dzień Zaduszny rano trzeba było iść do kościoła na Mszę świętą i ponownie nawiedzano groby , modlono się za zmarłych i zbierano wytopiony wosk aby zakonserwować nim kwiaty w przyszłym roku.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Prace gospodarskie
Dawniej w grudniu robiono tyle co domu, w lesie i koło zywiny. Bo starsi uważali, że w grudniu nie wolno łorać w polu, nawet jak nie buło zimy bo ziemia łodpocywo. I nie wolno je rusać. A jak już przyszedł Adwent (Jadwient) to był czas na porządkowanie obejście i roboty naprawcze narzędzi. Ludzie pracowicie spędzali każdą chwilę.Chłopy strugali różne takie, oo gonty, części koła do wozu, łyżki i zęby, do grabi.
Naprawa narzędzi
Zęby do grabi. Na zęby potrzebne są nieduże kawałki drewna ,wszystkie ścinki jakie tylko znajdowały się w domu -jesionowe, najlepszy jesion na zęby wykorzystywało się- cięło się jeszcze klocki na długość zęba trzeba było poszczypać te klocki na ćwiartki z tych ćwiartek narobić jeszcze mniejszych elementów, tak żeby uzyskać zbliżony przekrój do przekroju zęba no i trzeba wystrugać kształt zęba zgrabnie następnie dopasować jedną stronę do otworu słupka no i nabić i tak poszczególne zęby po kolei a na końcu ostrugać ładnie obrobić wyrównać grabie
Toporzysko do siekiery trzeba wykorzystać drewno, które było wcześniej przygotowanie, w domach były tzw. polenia w których najróżniejsze kawałki drewna się przechowywało , wszystkie drzewo które było przygotowane do różnych elementów ono się suszyło przez zimę ,przez zimę też się wykorzystywało czas na różne naprawy takie roboty to się najczęściej robiło koło domu jak było cieplej ,jak zimno to można było w czarnej izbie, w piekarni takie czynności można buło wykonać. Jeśli chodzi o toporzysko do siekiery to najpierw strzępki wyciosać drewno materiał o takim przekroju prostokątnym mniej więcej żeby pasował do otworu siekiery ,do obucha, następnie trzeba było obrobić te krawędzie zaokrąglić, podciąć z jednej strony i dopasować do wielkości obucha , potem zaklinować zagłobić, no i ostrugać do końca na nabitej siekierze tak żeby nie wypadało. Na toporzysko używało się jesiona albo czasem leszczynę ona była miękka ale nie odparzała ręki, jesion był mocniejszy twardszy ale zdarzało się że po dłuższej pracy mógł odparzyć rękę.
Młocka cepami
Dawniej, przeważnie w Adwencie, w nadpopradzkich gazdówkach młócono cepami wszystkie siane rodzaje zbóż, potem, gdy pojawiły się maszyny zwane galasiorkamii – tylko te o najdłuższych źdźbłach np. żyto – aby nie połamać słomy wykorzystywanej do pokrycia strzech kicorkami i na łokoty.
Snopki układano rząsą, czyli kłosami, do siebie na tzw. posodzke, po wymłóceniu przewracano na powróśle, którym wcześniej związany był snopek. Zboża rozłożone w stodołach, na klepisku, młócono zbierając się po dwóch, trzech lub nawet czterech chłopów. Dwóch jeśli boisko było małe lub młócący niewprawni. A czterech gdy potrafili bardzo zwinnie młócić a i stodoła musiała być duża.
Po wymłóceniu słomę zgrabywano i wiązano w snopki układane pod ścianą, potem wygrabywano czajny czyli odpady słomy a ziarna zboża zgarniano na kupkę, jak określano – pod wygląd.
W kulturze góralskiej ziarno było otaczane szczególnym szacunkiem dlatego starannie zbierano go z klepiska do miarek – aby Broń Boże po nim nie deptać. Ziarno zebrane z czajnami kobiety osiywały na rzadkim sicie zwanym czajniokiem opierając to sito o ścianę boiska. Czajny w zimie dawano owcom. Potem jeszcze to zebrane z klepiska ziarno mójkowano na młynku -wialni odsiewając plewy. Dopiero czyste ziarno wsypywano do sąsieka, szczególnie tego nazwanego żelaznym – gdzie gromadzono zapas na kolejny siew wiosenny.
Następnie sąsiek zamykano aby chronić przed myszami, jednak w czasie przechowywania ziarno trzeba było przewietrzać aby nie stęchło.
Św. Mikołaja
6 grudnia górskie chaty odwiedzał Mikołaj, ubrany po góralsku swoje przyjście oznajmiał dźwiękiem dzwonka – zbyrcoka. Dzieci wyczekiwały jego przyjścia a skromne prezenty dawały im wiele radości.
W prezbiterium piwniczańskiego kościoła wisiał od lat obraz świętego Mikołaja. Ten święty w polskiej tradycji był czczony jako m.in. patron pasterzy. Wieczorem 5 grudnia każdego roku obraz był przenoszony na boczny ołtarz, ponieważ w sam dzień świętego Mikołaja do lat 50.XX wieku do świątyń przynoszono – jako ofiarę dla potrzebujących len i wełnę. W ten sposób karpaccy pasterze jego opiece powierzali stada owiec aby ich chronił przed wilkami.
6 grudnia skoro świt, nim rozpoczęły się roraty czyli Rorotki, w nadpopradzkich kościołach, pojawiali się gazdowie i pasterze z zawiniątkami. Przynosili wełnę w ilości nawet do 3 kilogramów. Była ona, jak mówili zywo, niegrempluwano, niesprzędziono; składali ją uroczyście na stopniach ołtarza albo koło balasek i modlili się do świętego Patrona z nadzieją, że ustrzeże czyli zawaruje ich holne gazdówki.
Kobiety przynosiły i składały len – ładnie wyczesany, zawiązany w kitki, gorstki, jak mówiono – na brodę świętemu Mikołajowi. Uważano, że im więcej kitek będzie złożone – tym lepiej urodzi się len w przyszłym roku. Potem i wełnę i len zbierał kościelny a następnie ksiądz rozdzielał między ubogich, co lnu nie sioły ani łowiec ni miały – zeby se sprzędły na łodziate. Niekiedy z części lnu tkano materiał na obrusy do kościoła.
Święty był patronem pasterzy i zwierząt hodowlanych. Bronił ich przed wilkami i chorobami. Z wigilią ś więtego Mikołaja były związane liczne zwyczaje pasterskie.
“Święty Mikołaju dzisiok spólnie razem
stajemy honornie przed Twojem łobrazem
My karpackie łowcorze zza wiyrchów i dolin
przynosemy radoś i wszytko co boli
Zawiyrzomy Bogu dziedziny,kosory;
piyknie uprosomy pastyrz młody, stary
Klękomy przed Tobom jak Łojcowie nase,
przy Twoji dopumocy wilk nos nie przestrasy
Pumoz kosaruwać i łochroń zywine;
choroba, niescęście niekze nos łominie
Niek Bóg nie cyto grzychów, zło utnie sarfami,
niek chodzemy stale prostemi ściyzkami
Upilnujemy zwyku po redyk wiekuisty;
licemy i zganiomy jak Pastyrz Jezus Krystus
Dzisiok niesemy wełne , miłuwanio grudke
i modlitwe-śpiywke , łozywanie krótkie
Przyjmij ze gościne w kolibie serdecny ,
downem łowcorzom uproś łodpocynek wiecny
A w nos niek sie stale zawaternik poli,
Miyj w łopiece baców, karpackif góroli.”
A te kitki lnu co baby dały pod łobroz świętego Mikołaja to ksiądz zabiyroł i rozdziyloł między biydnyf, co to lnu, nie sioły – i to łon dawoł temu toten len- zeby se sprzędły na płótno i mialy co na herbie zawdzioć. Tak samo z wełnom buło tyz lo biydnyf. Na Świętego Mikołaja do kościoła trza buło obowiązkowo iś . Zawsze se tu baby przyszykuwały takie kitki nazywały lnu takiego ładnego i buł po prawej stronie w ołtarzu był tam założony obraz św. Mikołaja( tylko na Mikołaja ) i na stopniach był koszyk duży. I tam przychodziuły gospodynie z tem lnem i tam kładły len do tego kosza.
Św. Łucji
Zwyczaje wierzenia związane z dniem Świętej Łucji- to tylko o pogodzie- pierwsze było to, że Święta Łucja dnia przyrzuca, to było takie przysłowie, że od Świętej Łucji już dnia przyrzuca, no i pisało się pogodę na styczeń to było pierwsze -w dzień św. Łucji pokazywało pogodę na styczeń. I późni do Bożego Narodzenia, we Wigilię to ostatni – na grudzień na przyszły rok.
Przed Godami
Jak ubierali izbę na święta. – Cetynki pod łobroz to było zawsze, bo jak choinke przyniesły chłopy, to przyniesły pore gałęzi. I łomało się krzyżyki, i pod łobraz się dawało, a w adwencie sie robiuło się kwiotki z bibuły, takie różne. I to jak się wybieluło te chołpe to na święta te krzyżyki pod łobroz i po trzy kwiotki takie dawało się to było ubranie na święta te obrazy. Kolory żółty niebieski, różowy, był i czerwony, ale czerwony sie mało dawało. Takie łagodne kolory. O bogatej zwyczajów związanych z Godami – Świętami Bożego Narodzenia jest osobny materiał.
Prace gospodarskie w zimie
Jedną z głównych prac z wykorzystaniem koni w czasie zimy oprócz wywożenia na saniach zwanych gnojarzkimi obornika na pola, była zrywka drzewa w lesie z użyciem odpowiednich narzędzi jak: siykiyra, capina, łorcyk z postronkami i lasowy łańcuch.
Uprząż dla konia to po góralsku groty, a jej nakładanie określano grotówaniem konia. Elementy grotów to m.in.: homonto, podkłod, uzda, średnica, podpinka, pasy, podłogoniorz i lyce.
Przed wyjazdem sprawdzano i … w razie potrzeby poprawiano mocowanie podków. Góralskie podkowy posiadają zagięcia na końcach zwane hokami albo wkręcane hacele zwiększające przyczepność podczas pracy w trudnym terenie. Do pracy w lesie często podwiązywano koński ogon aby nie przeszkadzał przy zapinaniu łańcucha i nie niszczył się zahaczając o gałęzie.
Istotne jest ustawienie odpowiedniej długości postronków łączących pasy od uprzęży z orczykiem, aby nie uderzał on w trakcie pracy o nogi idącego konia. Postronki są elementem najbardziej narażonym na zerwanie podczas ciągnięcia w lesie. Zaopatrzony w niezbędne narzędzia gospodarz wyjeżdżał do lasu po drewno. Jego zwózka była częstym zajęciem w zimie, przede wszystkim ze względu na odpowiednią porę ścinania drzew, ale też dlatego, że w niektórych miejscach łatwiej było je zwieźć , jak mówiono karówać, właśnie w zimie.
Capina, zwana czasem marmaroszką to narzędzie leśne przyniesione z Rumunii. W robotach leśnych można nią dźwigać, przesuwać, ciągnąć i obracać pnie drzewa. Składa się z obucha „pióra” lekko podgiętego ku górze zakończonego „żądłem”: i drewnianego śtyla o długości dopasowanej do wzrostu dźwigającego. Gdy się podniesie na capinie to można łańcuch podrzucić popod pień i go zapiąć.
Ilość zwożonego drewna dopasowywano do siły konia i do warunków terenowych. Często zdarzały się bowiem wypadki. Znane prawie w całych Karpatach było wierzenie, że 29 grudnia, na świętego Tomasa nie chodź do lasa.. Bardzo tego zakazu przestrzegano.
Gazdówki składały się z domu-chołpy, stodoły i stajni, stawianych z drewna pod jednym dachem, później osobno. W stajni stały krowy a za przegrodą lub w osobnym pomieszczeniu – koniarni koń. Od wczesnego rana zaczynano karmienie zwierząt. Najczęściej hodowanym drobiem były kury (dla jajek i mięsa) oraz gęsi (dla pierza i smalcu). Rasy kur to: karmazyny, zielononóżki i leghorny, później, zaczęto wprowadzać kaczki, indyki i perliczki Karmiono zbożem, gorszym pośladem, rzadziej gotowanymi ziemniakami ukłóconymi z mąką.
Jednym z porannych zajęć było zadawanie paszy bydłu i koniowi – czyli łodkormianie zywiny. Gdy szopa z sianem była oddalona od stajni – przenoszono paszę na większą odległość. Bez mechanizacji musiał to zrobić gospodarz na własnych plecach w płachcie, parycie, łoktusce. Dla konia najlepsza paszą była ponoć koniczyna nazywana konicem , dla krów siano albo oszczędnościowo- mieszanka słomy ze sianem zwana strząską. Siana składowano dużo bo dobry gospodarz starał się zapewnić wystarczający zapas paszy na zimę Zbierane na nadpopradzkich łąkach i ogrodach siano uważano za paszę o największej wartości – wonne, z dużą zawartością ziół. To z niego krowy miały dawać zdrowe mleko. Wchodząc do obory gazda witał się ze zywinom zawołaniem Szczęść Boże. Podłogi w stajniach były zrobione z grubych, ciosanych desek zwanych dylami. Takie podłoże było suche i łatwe do utrzymania w czystości.
Z szacunku dla konia i jego nieocenionej pomocy w pracy gospodarz nie kładł wiadra na ziemi ale trzymał uniesione w trakcie pojenia, aby je udogodnić zwierzęciu.
Następnie trzeba było podać bardziej treściwą paszę – to tzw, obrokowanie konia, który musiał mieć siłę. Koniarze mówili, że jak cłowiek łosłabnie to koń go przywiezie- a cłowiek konia nie.
Gdy koń rano jadł trzeba go było wyczyścić szczotką, a zgrzebłem delikatnie żeby go nie zrazić. Niektórzy czyścili wiechciem czyli takim powrósłem skręconym ze słomy. Należało też wyczesać grzywę. Teraz można było zadbać o krowy, robiła to często gazdyni. Ale i gazda nierzadko zadawał im odpowiednią ilość siana za drabinę
Czystość krów była ważna dla higieny udoju mleka, Musiały mieć czysto wokół siebie, stąd konieczność odgarnięcia gnoju i posłania pod nie liści albo innej podściółki, jak powiadano – posłanio.
Matki Boskiej Gromnicznej
2 lutego kończył się okres bożonarodzeniowy rozbierano choinkę, po raz ostatni śpiewano kolędy. Zima była już po połowie. W kościele na sumie świecono gromnice, świece odlewane dawniej z wosku pszczelego, do poświęcenia starannie przybrane. W razie potrzeby zapalano ją i stawiano w oknie podczas burz i nawałnic aby jej światło chroniło domostwo. Z gromnicą wychodzono po księdza przybywającego z Ostatnim Namaszczeniem a także dawano do ręki konającemu jako” światło na drogę do wieczności”. Przyniesioną do domu – omadlano ją i z szacunkiem przechowywano.
Zapusty
Okres karnawału kończył się w Zapusty, mówili: Zopust Buł – Tłusty Cwortek, tydzień wceśni piekli pącki i do teroz tak jes. Łostatki to Sobota, Niedziela, Poniedziałek, Wtorek do pónocy. Ludzie chodzili na zopusty, ale przewaznie przyjyzdzały końmi. Jadły przewożnie chrusty, kiołbasy. Downi, to mówili ze trzymali głowe ze świnie, gotuwali i piwa antołek.
I zabawy robiuły po domach, schodziuły się. Popili, tańcuwały. Do pónocy we wtorek wiecorem chodziuły takie przebiyrańce łokręcaly się w powrósła: i śpiywały: ”Zopusty, zopusty, wyciągajcie spyrke z kapusty”.
Ze Środom Popielcowom tyz buła przyśpiywka: ”Idzie stępno środa juz jes na poleni, fto sie nie łożeniuł to sie nie łożeni”.
Stępno środa
W pamięci starszych mieszkańców Nadpopradzia z początkiem Wielkiego Postu kojarzy się wizyta Stępne środy, czyli przebranej kobiety która przychodziła w zapustny wtorek po południu ale najczęściej wcześnie rano w Środę Popielcową czyli we Wstępna Środę.
Wstępna Środa nie szła od domu do domu, ale miała wybrane gazdówki. Jak wspominają: wymurcała się, ubrała byle jak , no i torbę albo chustę zawiązaną w tłumoczek -koło siebie wzięła. Nic nie mówiła tylko weszła, czasem zamiatała po izbie, robiła szantę. Popiół, który wybierała z popielnika i smarowała – murcała domowników miał być przypomnieniem o pokucie. Zaś same odwiedziny przebranej kobiety to pozostałość symbolicznego rozliczenia z niewywiązania się z obowiązku zmiany stanu cywilnego. Wizyta ta była wyczekiwana a najczęstszą zapłatą za przyjście były jajka wręczane przez gospodynię.
Wielki Post
Środa Popielcowa tzw. Popielec rozpoczynała Wielgi Pust. W tem dniu post buł ścisły 2 x dnia letko, roz do syta. W Wielkiem Poście post środa, piątek i sobota łod miysa. Jedli postnie : Kase ze śliwami, zimioki ze śliwiankom, z kapuśniorkom . nie masonce barz. Postu łod mlyka późni już nie buło. Downi barz pościuły.. Fto se łodmówiuł to nie piuł,wódki ani nie kurzuł cygarów. Nie powinno sie w Poście pić. Nie muzykuwało sie w tem casie W Poście instrumenty chowali do sofek. Rano dzień zacynało sie jak zawse modlitwom.Niedziele w casie Wielkiego Pustu nazywały :I – wstępno, II –sucho, III – głucho,IV – śródpostno, V – corno ( bo w kościele zasłaniały krzyze), VI – palmowo, kwietno VII – Wielgo.
Godzinki o Męce Pańskiej
Górale nadpopradzcy przez wieki pielęgnowali różne formy pobożności.
W górskich chatach dzień zaczynano śpiewem Godzinek do Najświętszej Maryi Panny a w Wielkim Poście Godzinek o Męce Pańskiej. Śpiewano Je wykonując poranne zajęcie od przyniesienia wody ze studni , rozpalanie w piecu – śparchycie aż po szykowanie gotowanego śniadania – uwarzenie śniodanio. W razie potrzeby gazdynie z domowej apteczki, czyli ziół wiszących w pobliżu pieca urywały po troszkę –choć kuścik – i według dawnych przepisów parzyły ziołową herbatkę pomocną przy różnych dolegliwościach.
Całe Godzinki od Jutrzni po Kompletę śpiewano z pamięci aż kończono Je Ofiarowaniem prosząc w ten sposób o opiekę nad gazdówką i jej mieszkańcami.
U knopa
Ludzie wraz ze strownym czyli zapłatą w naturze przynosili do tkacza sprzędzione nici lniane lub wełniane. Knop przygotowywał nici do tkania czyli łączenia dwóch prostopadłych do siebie układów nitek (osnowy i wątku) według odpowiedniego splotu. W celu wykonania osnowy na śpulorzu czyli przewijalnicy nici z ręczną korbą przewijał nici na szpulę zwaną falfą.
16 falf zamocowanych było w falfowniku czyli na specjalnym stojaku. Potem przez deseczkę z 16 otworami, po 8 z każdej strony, przewlekano nici z poszczególnych falf wiążąc je na końcu. Tak przygotowaną osnowę nakładało się na snuwol czyli czworokątną konstrukcję drewnianą z lajśni, posiadającą 2 rogale u dołu i 3 na górze. Piotr Maślanka poskładał warsztat po dziadku tkaczu Jakubie Tokarczyku i przekazuje swoje umiejętności prawnukowi tego znanego Knopa – Krzysztofowi Tomasiakowi,
Później nawijało się nici na warsztat. Była to czynność bardzo pracochłonna najpierw do nicielnicy czyli jednej z dwóch par listewek z przeplecionymi przez nie mocnymi nitkami i wykonanymi pośrodku nich oczkami wprowadzano pojedyncze nici osnowy. Nasze nici w nicielnicach wytrzymały prawie pół wieku, stąd zdarzało się im rwać.
W zależności od rodzaju tkanego wyrobu wymienne były też bloty. inny do chodników inny do wyrobu płótna
Po zrobieniu tzw. Kraja, można było przystąpić do tkania chodnika, najlepiej z barwnych skrawków płótna( np. starych prześcieradeł czy spódnic).
Podnóża- pedały czyli dwa poziome drążki na dole warsztatu tkackiego naciskane stopami służyły do podnoszenia na przemian nicielnic. Trzeba było umieć skoordynować ruchy rąk i nóg.
Jak sie przekładało podnozami warśtatu to nicielnice dzieluły przyndze i trza było wartko przełozyć cółenko i blotem docisnąć. Bo nić poprzeczna czyli wątek był przetykany między warstwami osnowy za pomocą czółenka składającego się z cółka i cywki. Cywka do nawijania nici była to rurka wykonana z gałązki dzikiego bzu – bzinioka. Nici na cywkę też można było śpulać na śpulorzu. Jeśli zamierzano tkać chodnik na cywki nawijano pocięte na szerokość do 1,5 cm skrawki szmat a jeśli sukno – to sprzędzione nici wełniane.
Jak mówili tkacze: Cółenko leci z jedne strony na drugom blot dobijo tom lodam żeby płótno buło gynste.
Las
Lasy puszczy karpackiej przez wieki porastały tereny górali nadpopradzkich. Były to lasy miejskie z królewskiego nadania a także lasy prywatne. Od stuleci stanowiły ważne źródło dochodu mieszkańców oraz cenny materiał do budowy jak mówiono „stawiania” budynków mieszkalnych i gospodarskich. Wytworzyła się grupa rzemieślników- cieśli – wznoszących budynki drewniane. Ścinka drzew następowała z reguły w zimie, w zależności od przeznaczenia bardzo uważano na fazy księżyca
Jak powiadali starzy cieśle: Drzewo na stawianie chołpy to sie ścinało jak miesioncka przybywało, cym blizy pełnie tym lepi. A do śparchyta, na polenie – jak miesioncka ubywało – zeby lepi skło. Górale doskonale znali i potrafili wykorzystać rytm życia przyrody. Przez pokolenia zdobywali wiedzę kiedy i skąd najlepiej pozyskiwać materiały na przedmioty gospodarskie.
Na wiosnę szli do zagajników świerkowych szukali powierzchownych korzeni ze smreka i wyrywali czyli darli je na wyplatanie opołek. Z jednego świerka darli nie więcej jak 2-3 korzenie by nie osłabić za bardzo drzewa –wyciągali na długość na jaką udało się wyrwać.
Jeśli wydarte korzenie były cienkie i wiotkie zdzierano z nich korę, czyli łupano, przecinano na pół wzdłuż całej długości i ścinano większe nierówności. Jednak najczęściej wcześniej moczono je w buniorze aby były bardziej giętkie. Jeśli korzenie w dostatecznej ilości były gotowe przygotowywano szkielet opołki. Obłąk i szkielet wykonywano z leszczyny, która powinna być wycięta 7-10 dni wcześniej , wtedy łatwiej się zginała, była gibka. Natomiast świeżo wyciętą lyskę trzeba było zaparzać w ognisku .Gdy była dostatecznie giętka robiło się z niej półkola i spinało drutem, potem należało wywiercić na obłąku otwory na żebra główne , w ilości ok. 8-10. Do wyplatania opołek używano jeszcze mokrych korzeni , łatwiej się poddawały, lepiej można je było zaplatać. Gdy żebra były założone i szkielet opołki gotowy można było zacząć wyplatanie, zwykle od boków do środka, od najkrótszych do najdłuższych korzeni. Aby opołka się nie rozleciała należało starannie zaplatać końcówki korzeni. .Podobnie jak ostatni korzeń trzeba było dokładnie wcisnąć za żebro żeby się nie odwinął. W zależności od potrzeby różne były wielkości opołek a w gazdówce były używane do przenoszenia np. ziemniaków, owoców, plew a nawet trzajn. Dobrze wypleciona opołka służyła w gospodarstwie długo a nawet jeśli zrobiła się w niej dziura – to można było ją zapleść korzeniami i używać dalej.
Ścinanie drzewa
Przed ścinką należało wybrać kierunek spadania , jak mówiono „zakapuwać” drzewo czyli zrobić skośne wycięcie w pniu – zwane kapą po stronie, na którą chciano skierować upadające drzewo. Kapę dolną zacinano piłą ręczną zwaną „moja-twoja” a kapę górną ciężką siekierą. Następnie od drugiej strony podcinano pień przy pomocy piły. Aby uniknąć upadku drzewa w inną stronę należało wbić klin. W momencie upadania drzewa trzeba oddalić się od pnia na bezpieczną odległość.
Potem okrzesywano gałęzie, w zależności jak drzewo leżało np. jeśli na spadku -to zaczynano od gałęzi przy wierzchołku by drzewa nie porwało, jak leżało na równym terenie to okrzesywano po kolei – uważając żeby na sękach z gałęzi siekiera się nie zniszczyła czyli „nie wysypała”. Do obcięcia wszystkich gałęzi drzewo obracano capiną albo specjalnym obracakiem tzw. kantakiem. Przystępując do obciosywania należało unieruchomić pień, w tym celu wbijano klamrę. Po takiej wstępnej obróbce docinano kłodę drewna na odpowiednią długość.
Aby równo okrzesać (ociosać) pień należało nanieść na nim wymiar przez odbicie naprężonego sznurka zamoczonego w wodzie z dodatkiem rozgniecionego węgla drzewnego. Odpowiednią szerokość znaczono po obu stronach na podstawach pnia i łączono wymiary odbiciem sznurka. Wtedy zaczynano ciosanie od „śtachuwania” czyli wycinania siekierami zagłębień blisko namalowanej linii. Potem wyrównywano powierzchnię z grubsza, a na koniec wygładzano ciosając specjalnym toporem.
Ścinanie drzewa to przykład jak cieśle znad Popradu doskonale rozumieli i wykorzystywali prawa fizyki pomimo braku wykształcenia w tym zakresie.
Gięcie kul
Na rycinach z 1833 r. górale sandeccy oraz 100 lat później na zdjęciach górale z okolic Rytra trzymają laski. Tradycja przekazuje, że zamiast ciupag – nasi przodkowie do podpierania, parady a nawet obrony używali lasek tzw. kul wykonanych z drewnianych prętów. Najbardziej cenione były te z jałowca, choć bywały też z leszczyny a nawet świerka czy jodły. Najpierw szukano na pastwiskach i w lasach odpowiedniego surowca czyli pręta wygiętego przez naturę lub prostego. Czyniono to na wiosnę – jak określano gdy drzewa dostajały soków.
W miejscu wykonywania lasek, zwykle na polance nad potokiem gdyby była potrzeba zamoczenia zbyt wysuszonego surowca – wbijano trzy drewniane paliki, jak komentowano – dwa zeby blokuwały a trzeci zeby na niem doginać kulke.
Następnie rozpalano ognisko i kolejno wkładano wybrane pręty jałowcowe lub z innego dostępnego materiału. Czynność tę nazywano zaporzeniem losek. Trzeba było precyzyjnie dostosować czas zaporzania by nie zniszczyć, nie spalić prętów zbyt długim zaporzaniem w łognisku. Gdy kora na nich zaczynała pękać wyjmowano je , wkładano między trzy paliki i umiejętnie naginano, co też wiązało się z niebezpieczeństwem pęknięcia wyginanej kuli. Kiedy laska była już wystarczająco „zakulona” czyli wygięta należało związać drutem wygięty koniec z trzonem laski i delikatnie zdjąć z palików. Tak trzymano je ok. czterech miesięcy – „do wysknięcio”.
O przywiązaniu do swoich kulek -lasek świadczy wspomnienie o dwóch góralach z Piwnicznej, którzy nie rozstawali się z nimi nawet w tańcu, trzymając na zgięciu łokcia – bo jakby co !!!
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Godnie święta
Czas świąt Bożego Narodzenia aż do Trzech Króli to bardzo ważny okres dla obyczajowości górali nadpopradzkich, zwanych czarnymi – zamieszkujących Piwniczną i okolice. Jak pisze Krystyna Kwaśniewicz w ROKU OBRZĘDOWYM (STUDIA Z KULTURY LUDOWEJ BESKIDU SĄDECKIEGO – Wydawnictwo PAN 1985) Święta te zbiegają się w czasie zimowym z przesileniem słońca, które niegdyś wyznaczało w sposób symboliczny początek roku gospodarczego i obrzędowego. Według miejscowej tradycji kulturowej, konkretnym dniem będącym zapowiedzią nowego roku, a zarazem wprowadzeniem do niego, jest w i g i l i a B o ż e g o N a r o d z e n i a (24 XII). Wiele spośród zwyczajów wiążących się z tym dniem, aby przetrwać do czasów obecnych – choćby w formie reliktowej – przebyło bardzo odległą i skomplikowaną drogę, pokonując czas i przestrzeń, a nierzadko także bariery etniczne i kulturowe.(…) Niemal wszystko, co dzieje się w tym dniu, urasta do rangi symboli i prognostycznych znaków wróżebnych, odnoszących się do problemów tak istotnych, jak całoroczna pomyślność w gospodarce rolnej i hodowlanej oraz w życiu domowo-rodzinnym i osobistym.
Na długo przed świętami rozpoczynały się przygotowania. Duchowym przygotowaniem dla pobożnej ludności góralskiej był udział w Roratach. Jeszcze nim się rozwidniło z gór do piwniczańskiego kościoła schodzili ludzie oświetlając drogę lampasami, widok ich błyskających światełek zostawał na długo w pamięci. Przeżywanie zarówno oczekiwania, przygotowania jak i samych świąt było bardzo głębokie. Widoczne też było przygotowanie materialne. Najwcześniej bielono z zewnątrz chałupy. W domu na święta zawsze robili porządki, szorowano podłogę, ale nie przystrajano jakoś specjalnie domu na ten dzień, jedynie podłaźniczką. Jeszcze podczas Adwentu wykonywano też liczne prace gospodarskie: Przędły len, wełne, skubały wełne, pierze z gęsi cy kacki. U nos skubały. Teroz sie nie schodzą. W grudniu nie wolno było orać w polu, nawet jak nie było zimy bo ziemia odpocywo. Wywozili obornik jak w grudniu był śnieg. Były wróżby od Łucji w każdy dzień znaczyli pogode i równali do lata, każdy miesiąc zapisywali. Świętami Godnimi nazywano cały okres Godów. Zaczynał się już 24 grudnia, bo właśnie Wigilia była szczególnie ważnym wróżebnym dniem, jak mawiali górale od Piwnicznej – Wilijo. Z okruchów opowiadań i wspomnień oraz nielicznych publikacji wyłania się fragmentaryczny obraz tego ważnego okresu.
Wigilia
We Wigilię każdy miał swoje zadanie, pracę do wykonania. Chłopcy przygotowywali siano dla bydła, robili porządek w stajni, wyrzucali gnój, przynosili „pościonki” czyli liście na wyściółkę dla bydła, żeby na święta było wszystko przygotowane i już nic ciężkiego nie nosić. Przystrajano stajnię gałązkami, stroikami – koło drzwi, okien a na gnoju wbijano drzewko, smrecek, niezbyt duży, ale żeby go było widać. Wielu ludzi ten dzień zaczynało w Kościele uczestnictwem w ostatnich Roratach. Należało wcześniej wstać, chodzić, pracować, nie kłócić się, dzieci musiały być grzeczne. We Wiliją ni móz sie było speruwać, ani polyguwać, ino chodzić i robić – coby bez cały rok było tak samiućko. Zwykle młode dziewczęta sprzątały, zajmowały się strojeniem domu. Dekorowały obrazy cetynką, przygotowanymi wcześniej różnymi kwiatami z bibuły, w kolorze żółtym, niebieskim, czerwonym, bardzo rzadko białym Kobiety i dziewczęta zajmowały się kuchnią, przygotowaniem potraw wigilijnych (najlepiej dwunastu), mężczyźni i chłopcy szykowali paszę dlo zywiny, szli do lasu (dawniej po podłaźniczkę a potem już po choinkę). Wieczerzę wigilijną spożywano w dużej (głównej) izbie, gdzie stół stawiano na środku pokoju, przykrywano białym obrusem. Na stół kładziono siano i owies, na to był położony opłatek a na opłatku bochenek chleba. Zaś pod stół kładziono siano lub słomę, po którym małe dzieci po skończonej wieczerzy turlały się i bawiły. Do izby gospodarz wnosił snop zboża kładł w kącie. Izbę przystrajano podłaźniczką; był to ścięty wierzch jodły zawieszony czubkiem w dół nad stołem wigilijnym. Podłaźniczkę ozdabiano światami z opłatka i ozdobami zrobionymi własnoręcznie z bibuły, łańcuch (cienkie paski bibuły poskładane na przemian w kostkę przebijano igłą z nitką, nitkę przeciągano i cały łańcuch zakańczano ozdobnym węzełkiem). Na podłaźniczce wieszano również jabłka, orzechy i opłatki, wycinano również ozdoby z korpieli.
Ozdoby choinkowe często wykonywały dzieci własnoręcznie, ubieranie podłaźniczki również było ich zajęciem. Późniejsze choinki strojono ozdobami i łańcuszkami z bibuły. W gałązkach choinki wycinano specjalne rowki w których mocowano świece.
Potrawy wigilijne przygotowywano w zależności od zamożności, bezwzględnie przestrzegano postu, na stole wigilijnym nie mogło być mięsa. Wyznacznikiem rozpoczęcia wieczerzy było pojawienie się pierwszej gwiazdki na niebie. To dzieci właśnie zawsze wyczekiwały w oknie kiedy zaświeci. Do wieczerzy wigilijnej wszyscy musieli być ubrani odświętnie. Przy stole zostawiano zawsze jedno miejsce dla przybysza. Na wieczerzę nie zapraszano żadnych gości. Zawsze zasiadali wszyscy domownicy, nie było ważne czy ich liczba jest parzysta czy też nie. Z pojawieniem się pierwszej gwiazdki w jednym z domów ojciec zawsze mówił wiersz:
O gwiazdo złota gwiazdo betlejemska
o gwiazdo złota gwiazdo ukochana
wyglądamy ciebie od samego rana.
Wyglądamy ciebie drobnemi szybkami
rychło się ukażesz wysoko nad nami.
Rychło nam zabłyśniesz jak wtedyś błyszczała
gdy Maria Jezusa w żłóbku układała.
Rychło nam rozsiejesz tysięczne uciechy
rumiane jabłuszka złocone orzechy.
A ty sieroteńko co stoisz za drzwiami
otrzyj łezki z oczu pójdź i zasiądź z nami.
Jest tu i dla ciebie miejsce wśród gromadki
bośmy wszyscy bracia dzieci jednej matki.
Kończąc wiersz gospodarz zaczynał modlitwę „Ojcze nasz” potem „Zdrowaś Mario” a na końcu modlili się za wszystkie dusze zmarłych z całej rodziny. Po modlitwie gospodarz brał do ręki opłatek i zaczynał się z wszystkimi łamać i składać życzenia. Życzenia składano od najstarszego do najmłodszego.
W czasie wigilii podawano potrawy ugotowane przez gospodynie. Były przygotowywane z produktów własnej produkcji. Podawano np. kapustę z grochem, kapustę z grzybami, barszcz z grochem Jaśkiem, kluski lub makaron z makiem, pierogi ze suszonymi śliwkami, zupę korpielową, koniecznie też kompot z suszek. Jeść należało z jednej miski drewnianymi łyżkami, chleba nie krojono ale łamano(na pamiatkę łamania chleba przez Pana Jezusa). Podczas jedzenia przy stole musiała panować cisza, dzieciom jak i dorosłym nie wolno było rozmawiać aż do skończonej kolacji. Nikt również nie mógł odejść od stołu prócz gospodyni. Łyżkę trzymano w ręce nie można jej było odkładać przez cały czas trwania wieczerzy. Łyzki trza było ścisnąć powrósłem, co by sie bydło na paświsku trzymało w kupie i sie nie gziuło. Przy wiecerzy ni moz było połozyć łyzki drzewiane na stole coby krzyze przy kopaniu nie bolały. Podczas wigilii rodzice przykazywali dzieciom dotykać nogami słomy, żeby łączyć się z Jezuskiem, który miał się tam urodzić W czasie jedzenia odbierano po trzy łyżki każdej potrawy do maśniczki, resztki jedzenia też zsypywano do jednego naczynia i zanoszono bydłu , ponieważ ono było w szopce przy narodzinach Jezusa. Po wieczerzy wigilijnej izbę sprzątano nie pozostawiając nic na stole.
Popularne były wróżby, np. wróżba urodzajów- pod miskę z jedzeniem wkładano opłatek gdy się przykleił to na te produkty z których była zrobiona potrawa miał być w następnym roku urodzaj. Starsi wspominali: Dziopy na wydaniu tyz se chojco przepowiadały; słuchały z ftóre strony pies zasceko to z tote strony przydzie if chodok, rachuwały drewna co je do pieca przynosiuły – do pory – to sie wydadzom, słuchały nawet cy sie wieprzuś w chlywku łozwie cy nie, łupy z jabłek łobranyf rzucały na stół za siebie, w jakom litere sie ułozom- tak bedzie if przysły chłop mioł na imie.
Po wiliji dziopy wyciągały spod łobrusa sianko – kiej trowka licho to i zdrowio i synścio nie bedzie, kiej prosto i piykno trowka to bedzie dobry rok. W noc po wiecerzy zywina miała godać ludzkiem głosem, potokiem miało płynąć wino – to tyz leciały sie młode i stare myć w potoku i wołały: „Wodzicko co ta płynies bez korzenie , łobmyj mie biydne stworzenie”. Ale tyz myły se gębusie we wodzie przyniesiony z potoka dopiyro wtencos, jak ftosi starsy cisnął do tote wody piniądz – coby być zdrowem jak ten piniondz,
Potem śpiewano pastorałki i kolędy, aż do momentu gromadnego wyjścia na Pastyrke czyli Północkę. Ok 23.00 wybierano się na pasterkę w domu zostawali tylko chorzy, i małe dzieci pod opieką starszej osoby.
W kościołach radośnie kolędami witano Nowonarodzonego. Po powrocie z Pasterki każdy spieszył do rzeki aby się w niej obmyć co było zapewnieniem zdrowia na przyszły rok. Na scynscie, na zdrowie, na to Boze Narodzenie. Z takimi słowami przychodzili dawniej do chołp piwnicańskif podłaźnicy. Już w nocy po powrocie do domu mógł się pojawić pierwszy z nich. Musiał to być koniecznie chłop, a do tego zręcny (życliwy), musiał do gazdówki przychodzić od dołu, a iś stamtela do góry, żeby gospodarka tyz sła dobrze , bez cały rok co przydzie. Ważne były też cechy zewnętrzne: Podłaźnik musioł być prosty, prymy, niek Pon Bóg zawaruje zeby buł krostowaty , cy garbaty ( to by przyniesło niescęście!).
Po przekroczeniu progu domu rzucał na cztery strony izby owies (pomieszany niekiedy z drobnymi monetami) i recytował wierszowane życzenia, od jego inwencji i zdolności zależała innowacja tych formułek. Jak mawiano – po dobrem wiyńsuwaniu bedzie sie darzyć bez cały rok. Przynosił kawałek chleba i chlebem z odwiedzanego domu, go przy wychodzeniu obdarzano.
Jeszcze nie tak dawno temu były znane przypadki zamawiania sobie podłaźnika ( młodego chłopca, który przychodził składać życzenia).
Boże Narodzienie
Dzień Bożego Narodzenia, świętowano jako jedno z najważniejszych świąt w roku liturgicznym nie wolno było nikomu go zakłócać. To Święto traktowano jako dzień bardzo rodzinny. Rano gospodarz zbierał pieniądze, które rozsypał podłaźnik, trzymał je w dłoni i obmywał się nimi żeby był zdrowy jak pieniądz i żeby się go pieniądze trzymały, niekiedy wrzucał do wody przyniesionej z potoka i w niej myli się wszyscy domownicy. Obowiązkowo udawano się do kościoła na Mszę św. W trakcie powrotu z kościoła składano życzenia spotkanym osobom, komuś znajomemu, ale nie chodzono do sąsiadów.
Z kościoła kto pierwszy dotarł do domu to pierwszy „zrobił wiosnę” czyli „wyrobił się” z wiosennymi pracami polowymi. Na święta pieczono buchty (drożdżówki), albo kołacze – czyli cieńsze drożdżówki z serem, które jedzono zwykle z mlekiem, kakao, a najczęściej kawą. Takie było śniadanie w Boże Narodzenie. Na obiad jadło się to co zostało z wigilii, nie gotowano. Wykonywano tylko konieczne prace np. można było napoić, nakarmić zwierzęta. Nie robiono nic ponadto, nawet nie zamiatano izby i nie ścielono łóżek. W Boże Narodzenie nie wolno było nawet głośno rozmawiać, raczej rozmawiano spokojnie, pilnowano żeby dzieci bawiły się grzecznie, żeby uszanować to święto. W tym dniu nie wychodziło się, zostawało w domu. Panował radosny nastrój, cieszono się Narodzinami Bożego Syna. Popołudniu domownicy śpiewali kolędy, potem także wielozwrotkowe pastorałki z kantyczek. Ale nie wolno było polegiwać (żeby nie kosić zwalonego zboża), a tym bardziej spać bo to wróżyło lenistwo na cały rok.
Dzień Św. Szczepana
W dzień św, Szczepana gospodarz wcześnie rano wynosił siano spod stołu do ogrodu i robił małe powrósła którymi obwiązywał drzewka owocowe, zabieg ten miał zapewnić urodzaj. W niektórych domach kręcenie powróseł z siana, rozłożonego pod stołem na czas Wigilii ,odbywało się jeszcze w izbie a dopiero potem wynoszono je i okręcano nimi drzewa owocowe. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia- Św. Szczepana, święcono owies w kościele. Owsa do kościoła brano z dwie kwarty. Potem gospodarz szedł prosto do pola i siał tym owsem ze słowami Uciekaj diable z ostem bo św. Szczepan idzie z owsem . W ten dzień bardzo dużo sypali owsem – po mszy, a nawet już w trakcie drogi do kościoła sypali się jeszcze nie święconym owsem. To było na pamiątkę tego, że Szczepan umarł ukamienowany. Owsem rzucali przeważnie kawalerowie, rzucali w dziewczyny, mówiono, że która panna przyniosła do domu we włosach więcej owsa – ta była najbardziej szanowana . Resztkę owsa trzymało się przez cały rok i jak szła burza to rzucało się (często razem z ziołami z wianków z oktawy czy bukietów poświęconych w dzień Matki Boskiej Zielnej) na ogień do pieca dla uciszenia burzy tylko trza było mieć w głowie taką myśl, westchnąć, że jak Pan Jezus uciszył burzę na morzu tak teraz by uciszył burzę. W Św. Szczepana gotowano już jadło, i w ten dzień dopiero można było zjeść mięso, jak mówili Kapustę i coś konkretnego. W drugi dzień świąt chodziło się też do rodziny z życzeniami. Łamano się opłatkiem. Życząc wykorzystywano formułkę „Na scęście, na zdrowie…”, „Na ten święty Szczepon zeby sie Wom darzyła kapusta ze rzepom.”Do domów, w których były panny na wydaniu zachodzili podłaźnicy mający wobec nich zamiary matrymonialne.
Od Św. Szczepana do Nowego Roku były tzw. święte wieczory, wtedy nie przędziono wełny, nie skubano pierza, nie wolno było szyć. Tylko się odpoczywało i śpiewało kolędy, żeby móc pracować wtedy gdy będzie praca.
Kolędnicy
Od Św. Szczepana zaczynali chodzić kolędnicy. z szopką, z gwiazdą, turoniem i kozą.
Kolędnicy chodzili wieczorem i w nocy, czasem nawet budzili domowników głośnym śpiewem. Przychodzili, śpiewali za oknem, dzwonili dzwonkiem (zawsze ktoś miał dzwonek, mały, z ładnym dźwiękiem). Śpiewali kolędę pytali czy wpuścicie czy nie wpuścicie. Do środka kolędników zapraszał zawsze gospodarz. Do gospodarza śpiewali:
Słuchaj gospodarzu 2x
niebieski szafarzu.
Bo na twojej roli 2x
złoty płużek stoi 2x
Kto na nim pojedzie 2x
Som Pon Jezus siendzie 2x
Chodzili do wszystkich domów, a czy ich wpuścili to już zależało od domowników.
Kolędnicy przychodzili przed dom i śpiewali kolędę, Następnie Św. Józef pytał czy zostaną przyjęci. Gospodarz zapraszał do środka i rozpoczynało się przedstawienie. Za kolędę otrzymywali zboże, chleb i różne inne produkty, czasami drobne pieniądze. Chodząc od domu do domu po wiosce na zakończenie kolędy nazbierali tyle datków, że trzeba było po to jechać furmanką.
Kolędnicy z turoniem. Maska turonia to osadzona na drągu masywna drewniana głowa obita futrem, z rogami, ruchoma, kłapiąca żuchwą, czasami obita była skórką z jeża. Z turoniem chodził Cygan, Cyganka, Żyd, Dziad, Muzykant, Góral. Po przyjściu do domu turoń popisywał się zręcznością. Skakał, gonił dzieci, próbował brać na rogi dziewczyny. Dziad natomiast modlił się, Cygan próbował kraść drobne rzeczy, Cyganka z kolei wróżyła z kart. Żyd sprzedawał góralowi turonia. Zmęczony skakaniem turoń padał na ziemię, wówczas rozpoczynało się jego uzdrawianie. Po uratowaniu turonia rozpoczynała się zabawa. Po wspólnej zabawie kolędnicy dziękowali za otrzymane dary i szli dalej.
Do tej pory kultywują ten zwyczaj chłopcy z „Doliny Popradu” a dawniej grupa założona przez nieżyjącego już Stanisława Żywczaka z Zapotoka a przed wojną przez Wiktora Lebdowicza z Hanuszowa i wielu innych .Po wielu latach przywrócono też zwyczaj szopki kolędniczej tym razem jest to szopka wykonana i wyreżyserowana przez Edwarda Grucelę z pięknymi popkam(lalkami) i w autentycznych strojach a odgrywana przez piwniczan. Spośród róznych grup np. Z gwiozdom, Ze sopkom najpopularniejsza była koza inaczej turoń. Oto fragment opowieści mieszkanki gór nad Kokuszką. Turoń to był klocek z drewna, byle jaki na takich zawiosach, kłapacke tako mioł, koc abo gunia staro z dziadka, na Groniku, dziadkowo gunie tako wzięli, wchodziuł pod te koze to juz popod to mioł jakieś okienko – ta gunia na wiyrchu była, skokali, rękowy połodrywali, dziadek ik jesce loskom prześwięciuł. Pamiętam ,bo to dla dzieci to było ciekawe a przecież nic innego nie było, to było przedstawienie. Potem było opowiadania na jakiś cas jak skokali. Turoń – pod kozom jeden , drugi Żyd był z kozom, z tą kozą tańcuwoł, śpiywał róźne rzeczy, Cygon, Cyganka z dzieckiem. Cyganka wróżyła , Cygon klepoł – podkowy wom zrobie, buty podkuje, coś tam, coś tam klepoł. To sie chowało buty, bo jakby dopod buty to gwoździ nabiuł. Dziod chodziuł po kątak, zaglądoł po gorckak,, to tyz gospodynie pilnuwały zeby tam dzie nie wloz, nie śniuktoł. Dziod klękoł, modluł sie, różaniec wielki taki na syji mioł. Przy turoniu- Cygon łobtargany, łoberwany, mioł nawiysane jakiegoś żelostwa, powrósłem jakiemsi przeposany, podkowy sprzedawoł . Ży z kozą tańcuwoł. Targuwali sie, Żyd sprzedawoł cosi górolowi. Z konikiem chodzili pono na Suchy Strudze.
Kolejna grupa kolędnicza we wspomnieniach z okolic Kosarzysk:Z szopką chodzili. Buły w niyj: Dzieciątko, Matka Bosko, św, Józef, figurki buły różne z drzewa, tańcuwały , carownica masło robiuła w maśnicce . Przeważnie szopka robiono z dykty i wyklejono, musiało być kolorowe. Broł krzesło stawioł
i temi lalkami ze spodu przesuwoł. Nosiuł na takif szelkaf, wnosiuł, kłod na krzesło i przedstawioł. Mieli tyz tako ulepsono z drewna , wyklejono i rącki buły. W formie takiego domku buło. Grali przy tem , śpiywali kolędy, zeby pobudzić ludzi – to na skrypcach grali. Dwóch abo trzef chodziuło.
Dziś piękną szopkę wykonaną przez Edwarda Grucelę można podziwiać w piwniczańskim muzeum.
Jeszcze jedna szopka we wspomnieniach mieszkanki Śmigowskiego: Szopka to była zrobiona tako budka z desek zbito, z tyłu plecy przybite tyż tak jakby deski albo jakoś tektura a pod spodem w desce był rowek. A jeszcze z tyłu do tej deski to były przyczepione takie szelki ,ze jeden chłop na plecak niósł te szopke– mioł tak jak plecok. Wchodziuł do domu i stoł, ich trzek chodziuło. Jeden mioł w kosyku porobione te kukiołki, lalki wszytkie pocąwsy łod Żyda wszytkie mioł porobione i podawoł temu drugiemu. A jeden stoł z tyłu i przesuwoł te lalki ręką i tańcuwały, bo to było w tym rowku i on do każdego przyśpiewuwoł: cy był król, cy śmierć, cy diaboł cy górol – to on wszytko śpiywoł. A jesce carownica w szopce była, masło robiuła w maśnicce, wszytko było takie porobione i to wszytko rzeźbiuły sobie chłopcy bez Adwent te kukiełki, baby syły te smatkami ubiyrały i w kosyku to jeden nosił. A jesce późni, to chodziuł przy ty szopce z heligonkom i do taktu groł tem lalkom jak sie rusały. Ubrania: Każdy szył sobie stroje odpowiednie do swojej roli. Herod miał berło i koronę; śmierć kosę; diabeł ubrany był na czarno i miał w ręce czerwone widły.
W maskach chodzili śmierć i diabeł, czasem maskę miał też Żyd. Można ich było rozpoznać po głosie. Inne postacie czasem miały pomalowane twarze. Herod i dziad ubierali sztuczną brodę.
Zawsze kolędnicy sypali zbożem, podobnie jak podłaźnik.
Kolędnicy nigdy sami nie prosili o kolędę, ale gdy ją dostali zawsze dziękowali za nią. Gospodarz dawał kolędę zwykle Żydowi albo dziadowi. Zawsze dawano ją na końcu, gdy kolędnicy już zaśpiewali i złożyli życzenia. Płacono najczęściej zbożem – gdy dawali zboże to wtedy właśnie zabierał je dziad. Kolędnicy śpiewali „Za kolędę dziękujemy…”.
Domownicy często częstowali kolędników gorzałką, albo plackami, czasem zapraszali ich żeby sobie usiedli. Wtedy kolędnicy rozbierali się siadali do poczęstunku. Szanowano ich bardzo, bo było się wdzięcznym za kolędę. Gdy kolędnicy czasem nie dostali kolędy śpiewali: Dobrze gospodarza bicem
bo nos nie obdarzył nicem , hej kolęda, kolęda.
Nowy Rok
Na Nowy Rok chrześniak chodził do ojców chrzestnych po kukiełki, które pieczone były z ciasta, na tzw. nowe latko czyli na nowy dobry rok. Było też tak, że piekły i przynosiuły, jak był chrzestny ojciec czy chrzestna matka to dla chrześniaków kukiołke. Ale kogo było stać- bo jak była biedna to nie . Ale jak która chrzestna matka miała mąkę to kukiełkę upiekła i odnosiła chrześnicy czy chrześniakowi. Kukiołki piekli, na Nowy Rok. Plecionke. Jednom dużom zrobili, na stole siedziała tako plecionka. Na jarmaku jak ktoś wracoł to tyz kupuwali.
Wtedy też przychodzili kolędnicy, a jak nie było wcześniej żadnego podłaźnika to mógł się jeszcze pojawić w tym dniu.
Trzech Króli
Święto obchodzone :Na pamiątke jak Trzech Króli przyjyzdzali do sopki. do Betlejem Panu Jezusowi złożyć pokłon.To Święto nazywało sie zawsze Trzech Króli ale była też nazwa Objawienie Pańskie. Święcili w tym dniu złoto, mirę i kadzidło i kredę. Kredą to pisali na drzwiach: K+M+B czyli Kacper, Melchior i Baltazar. Ksiądz jak chodził po kolędzie to pisał. A teraz jak się oświęci kredę to sami domownicy piszą. I dodają aktualny rok. Jak nie buło kadzidła to niektórzy zbiyrali z jałowca torecki , z tego zwykłego jałowca, rzucali na kuchnie na blachy ,to pochło tak jak kadzidło. Kadzidło tyz można było rzucić, ale gdzieś móg kupić.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020
Wywód
Zapomniane dziś słowo wywód oznaczało błogosławieństwo kościelne dla kobiet po urodzeniu dziecka. Przychodziły one do kościoła – obowiązkowo w białej chustce na głowie. Klękały i modliły się z zapaloną świecą, w piwniczańskim kościele odbywało się to przed bocznym ołtarzem w lewej nawie.
Zwyczajowo do momentu wywodu kobiecie nie wolno było m.in. pracować na własnym a tym bardziej na cudzym polu, zakaz ten był bardzo ściśle przestrzegany.
Podczas wywodu kapłan odmawiał modlitwy oraz błogosławił klęczące kobiety.
Była to dla nich ważna chwila- dlatego w wielkim skupieniu i z pobożnością modliły się dziękując Bogu za błogosławieństwo.
Dopiero po wywodzie kobieta mogła w pełni wrócić do swoich obowiązków a także uczestniczyć w życiu społeczności.
Chrzest
Ważnym wydarzeniem w życiu góralskiej rodziny był chrzest. Dawniej, nie odbywał się w czasie Mszy świętej, a rozpoczynano go przy wejściu do świątyni -w miejscu zwanym babieńcem, zwykle bez udziału matki, która, musiałaby wcześniej odbyć wywód, czyli błogosławieństwo udzielane położnicy.
Niegdyś powiadano, że dziecko samo przynosi sobie imię i za patronów przyjmowano świętych lub błogosławionych, których wspomnienie przypadało w dniu jego narodzin.
Bywało te, że dzieci imiona dziedziczyły po przodkach.
Tak kiedyś wyglądała ceremonia udzielania Sakramentu Chrztu świętego naszym nadpopradzkim przodkom. Ochrzczone dziecko łojcowie krześni wraz z łojcem,w modlitwie przed ołtarzem głównym, polecali opiece Patronki piwniczańskiej Parafii- Matce Boskiej Siewnej, polecali Maryji w Tajemnicy Jej Narodzenia.
Powijanie
Jeszcze do lat 60.XX wieku w niektórych, bardziej zachowawczych nadpopradzkich przysiółkach, dzieci były powijane. Po kąpieli, dziecko ubierano w koszulkę, kładziono wyprostowane, ręce miało koło siebie, potem jedną pieluchą – smatką zawijano głowę, kolejnymi obwijano tułów i nogi .Powijano smatkami poudziyranemi z lnianych prześcieradeł, a gdy było biednie nawet ze starych spódnic. Na końcu obwiązywano wąską krajką. Jak powiadały starsze kobiety.: Godali ze temu trza powijać zeby nie zepsuł sie kręgosłup, zeby sie dziecko nie chybło. Tam gdzie się kończyła stopka było ostatnie wiązanie.
Zwyczaje pogrzebowe w okolicach Piwnicznej
W życiu każdego człowieka są trzy przełomowe momenty: narodziny i przyjęcie nowego człowieka do wspólnoty, przejście z grupy młodzieży do dojrzałych i posiadających pełne prawa członków danej wspólnoty (obrzędowość weselna) i opuszczenie wspólnoty żywych przez jednostkę czyli śmierć. W okolicach Piwnicznej z tych trzech przejść stosunkowo dobrze zachowały się obrzędy weselne natomiast zanikło sporo wierzeń związanych ze śmiercią. W sposób usystematyzowany chronologicznie spróbuję przedstawić zapamiętane czy zebrane od ludzi. Odmienny niż dzisiaj był stosunek do choroby, śmierci i starzenia się. Traktowano je jako rzecz zupełnie naturalną i nieuniknioną i nie kryto się z tym, toczyły się o tym rozmowy. Jeszcze dziś niektórzy starsi ludzie mówiąc o czymś co się może wydarzyć w przyszłości nawet niedalekiej zastrzegają się: Jak Pon Bóg do docekać, Jak nie pyrtne. Znane były opowieści o ludziach, którzy swoją śmierć przepowiedzieli, umiejscawiając ją w czasie np. po zbiórkaf. Przygotowanie do śmierci trwało niekiedy długo, starsi modlili się przez wiele lat żeby nie być nikomu ciężarem, prosili też o lekką śmierć – objawiało się choćby modlitwą o letkie skonanie ; szczególnie wierzono w pomoc Św. Józefa. Obrzędowość chrześcijańska mieszała się z dawnymi wierzeniami i zabobonami. Szczególną wagę przywiązywano do znaków i wróżb. Takim wróżebnym dniem była przede wszystkim Wilijo , wróżono z cienia człowieka w świetle świecy ( jak zza okna w rogu ktoś zobaczył cień podobny kształtem do trumny to wróżyło śmierć w ciągu roku, podobnie jak łyżka która upadła na ziemię wróżyła śmierć jednego z domowników). Ale mogą się też pojawić w ciągu roku, czy w okresie bezpośrednio poprzedzającym inne znaki, szczególna rolę odgrywają głosy czy zachowania ptaków; np. hukanie sowy zwiastuje śmierć (w Kicorzu sowa łotupnie hukała ftosi umrze), również pukanie wrony do okna źle wróży: rano wrona gruchła w syte tak ze się widziało ze jom wybije i lon ło ty godzinie umar w śpitolu. Sam moment śmierci oznajmiany był w domu stukami, dziwnymi odgłosami a nawet pojawianiem się cienia postaci osoby umierającej.
Podobnie rolę wieszczącą śmierć przypisywano snom; ząb który wypada, mątna woda, wesele, ksiądz abo kościół ubrany na bioło, umarte ludzie. Po chorą osobę często przychodzili umarty łociec abo matka.
Istniał zwyczaj odwiedzania osób chorych przez dalszą rodzinę i sąsiadów – jesce za życio, mówili oni wtedy również o śmierci zwyczajnie i z pogodzeniem się z jej rychłym nadejściem. Jeśli choremu ciążyła jakaś krzywda to na jego prośbę odsyłano do osoby pokrzywdzonej aby przyszła i przebaczyła – coby swok móg skonać. Posyłano po księdza aby chory mógł się wyspowiadać i przyjąć wiatyk ( Trza przyprawić mu ksiendza). Potem rodzina a także sąsiedzi trwali na modlitwie przy konającym.
Bardzo ważna była gromnica jako światło na drogę. Wkładano ją umierającemu do ręki i zapalał ktoś najbliższy, jeśli chory był zbyt słaby i nie mógł jej utrzymać to także ktoś najbliższy mu pomagał trzymać lub sam ją brał do ręki. Nie wolno było krzyczeć, płakać głośno, szlochać, wisieć coby nie przerwać skonu. Po skonaniu należało zamknąć zmarłemu powieki. Odsyłano po kogoś z szanowanych bliskich sąsiadów aby przebrał nieboszczyka ( prosiuły sąsiadów ni móg przebiyrać nifto z rodziny). Mężczyznę przebierał mężczyzna, kobietę – kobieta. Zdarzało się, że już za życia została wybrana taka osoba i wtenczas kierowano do niej prośbę – Pamientej Tereś zebyś mie ty na śmierć ubiyrała. Kobiety zwykle miały w skrzyni odłożoną wybrano łodziate, wskazywały bliskim tamto mi mocie na śmierć ubrać ; starsze przywiązywały szczególną wagę żeby założyć im na głowę chustkę ( najlepiej czarną) oraz włożyć różaniec do ręki (zaplatano w palce). Jeśli ciało zesztywniało należało mówić do niego łagodnie i z szacunkiem i tak prosząc go przebierać. Umarłego kładziono na deskach a następnie po przywiezieniu przekładano do trumny. Dawniej trumny robił ktoś we wsi, szczególnie dużo pracy miał gdy przychodziła zaraza (np. we wojnę tyfus czy czerwonka) .Później przywożono je z pobliskiego miasta. W domu zastawiano zegar, odwracano lustra, zamykano i zasłaniano szczelnie okna czymś ciemnym, nie wykonywano prac polowych do momentu pogrzebu. Czasem zdarzały się jednak wyjątki jak np. gdy starszy gospodarz poczuł się gorzej w dniu młocki poprosił synów aby się z nimi pożegnać i powiedział: Wy se młóćcie a jo se bede tutok umiyroł . I stało się według jego woli. Zmarłego chowano w trzecim dniu, przez dwa wieczory schodzili się do domu ludzie na modlitwę, odmawiano Różaniec koniecznie Część Chwalebną ; wyjątek był w Wielkim Poście, kiedy odmawiano Cześć Bolesną. Śpiewano pieśni : Serdeczna Matko, Kto się w opiekę, Ach mój Jezu, Jezu w Ogrojcu mdlejący, Pij ten kielich czy Mój Stróżu Aniele, odmawiano Anioł Pański. Modlitwy prowadziły śpiewaczki – osoby znające pieśni o dobrych głosach. Podobno na Kokuszce były też śpiewane jakieś inne dawne pieśni ale ich nie znam. W obecności zmarłego trzeba się było zachowywać spokojnie i godnie i modlić.
W dzień pogrzebu jeszcze rodzina modliła się różaniec, przez wyprowadzeniem ciała z domu, następował moment pożegnania przez rodzinę, zamknięcia trumny (ktoś obcy) a przed wyjściem starszy szanowany mężczyzna kropił trumnę święconą wodą. Czterech mężczyzn wynosiło trumnę na każdym progu trzykrotnie ją opuszczając – stukając trumną o próg. Ma to być moment ostatecznego pożegnania z progami, przez które tak wiele razy prze-chodził. Przed domem kładło się trumnę na furę zaprzężoną w 2 konie, trumnę kładziono aby była widoczna na 2 siedzeniach a nie na dnie wozu. Nie przywiązywano jej, tylko należało jechać ostrożnie. Przez całą drogę do Kościoła odmawiano różaniec. Kondukt dochodził do kapliczki przydrożnej położonej najbliżej kościoła, tam bowiem wychodził ksiądz, udawano się do kościoła na pogrzeb. Ksiądz odmawiał egzekwie, mówiono ksiądz łodprawio wilije i wierzono, że ich moc jest taka, że gdyby ksiądz odprawił je trzy razy to zmarły wstałby z trumny. Obecnie odprawia się mszę świętą z kazaniem. Tak dawniej jak i dziś modląc się, odmawiając różaniec udawano się na cmentarz gdzie składano ciało do grobu. W czasie tego złożenia dawno podobno śpiewano pieśń zaczynającą się od słów : Zmarły człowiecze już idziesz do grobu. Panowało przekonanie, że dusza może jeszcze wrócić na domowe progi, stąd osoby pozostające w domu trwożliwie nasłuchiwały wszelkich odgłosów. Na pogrzeb ubierano ciemny strój, im więcej ludzi było na pogrzebie tym większym szacunkiem był darzony zmarły. Istniał zwyczaj chodzenia na pogrzeby aby sobie „zapracować” na przyjście innych na własny pogrzeb. Gdy zmarły przez niedzielę przeleżał w domu wróżyło to rychły zgon kogoś następnego. Gdy w rodzinie niedługo później ktoś umierał powiadano, że zmarły wziął go ze sobom. Zwyczaj bogatego poczęstunku po pogrzebie nie był bardzo rozpowszechniony z uwagi na panującą biedę. Żałoba przejawiała się w nieuczestniczeniu w zabawach, zakazie tańca i głośnego śpiewu , zakazie lub nietolerowaniu rychłego ponownego zamążpójścia (chyba, że były małoletnie dzieci wymagające opieki). Panny i kawalerów chowano w strojach jak do ślubu, trumna musiała być jasna. Odrębną sprawą było grzebanie samobójców i dzieci poronionych, obowiązywały tam pewne zakazy a ich złamanie miało być karane np. powodzią łącznie z wynurceniem ciała czy płodu. Istniały liczne wierzenia związane ze śmiercią matek pozostawiających maleńkie dzieci. Śmierć to smutne przejście łączyło się z nadzieją, którą niosła wiara chrześcijańska.
Przygotowała:
Wanda Łomnicka-Dulak
Podstawą pożywienia Górali Nadpopradzkich były płody z uprawy dość nieurodzajnej ziemi: zboża, czasem tylko owies, ziemniaki i warzywa – kapusta, karpiele a także grochy oraz owoce z nielicznych sadów; (swoistą góralską omastę stanowiły suszki – suszone śliwy i inne owoce). Znane są wspomnienia kiedy ośmioosobowa rodzina musiała przeżyć zimę o beczce kapusty, ziemniakach i owiesku. Chleb nie był podstawą wyżywienia, raczej jedzono placki. Starsi podkreślają, że więcej się jadło gotowanego: Ludzie jedli śniodanie gotuwane, gotuwali zimioki i cyr z razowe mókł. Zyto sie mełło, pszenice sie mełło, jęcmień do Sikorskif do Mojna, na południe placki, kluski ze zimioków. Wiecerza placki ze zimioków z mlykiem słodkiem abo kwaśnem cy zimioki polone abo na przychlipke. Drugim źródłem pożywieni była hodowla; wykorzystywano różnego rodzaju sery robione z mleka krowiego, owczego niekiedy koziego. Wyrabiano też bundz owczy i przetwarzano na bryndzę. W biedniejszych domach masło, śmietana, bryndza ze śmietanom należały do rzadkości. Maszczono przeważnie olejem lnianym. Raz , czasem dwa razy do roku zabijano „kluto świnię”. Mięsa było niewiele więc dobry „koloc” specjalizował się w wyrobie kiszki, kiełbasy i salcesonu. Przez solenie konserwowano słoninę, bardzo popularny był wyrób sadła. Starsi gazdowie jadąc do lasu zabierali placek ze spyrkom. Produkty te przechowywano na strychach w tzw. spyrnikach.
Wypijano dużo mleka słodkiego i kwaśnego, serwatki, herbaty ziołowe a bardzo często zwykłą wodę. Nad Popradem także kwaśną, czyli mineralną wodę. Uzupełnieniem diety czarnych górali były owoce leśne i grzyby, najczęściej suszone. Jajek spożywano niezbyt dużo, ponieważ były sprzedawane a pieniądze zlońcano i przeznaczano na zakup najpotrzebniejszych artykułów. Rosołek kurzy gotowano przeważnie chorym czy rekonwalescentom. Bardzo ważną sprawa było pieczenie chleba raz w tygodniu. w ilości niezbędnej do wyżywienia rodziny – robiono podpłomyki – przysmak dzieciństwa. Piec chlebowy musiał być czysty, starannie wymieciony. Z poprzedniego pieczenia gospodyni zostawiała zakwas, robiła rozczynę a po jej podrośnięciu wyrabiała bochenki długo i starannie. Ważne było przygotowanie pieca, zapalenie w piecu piekaszkim szczapami najlepiej świerkowymi nie bukowymi. Przed rozpoczęciem wypieku kobieta się żegnała. Po wyrobieniu ciasta w dziyzce na stolnicy formowało się bochenki, wkładano do koszyczków ze słomy i czekano aż dalej podrosną. Gdy piec był nagrzany – ogień wygarnywano z pieca do starego wiadra blaszanego – cioskiem.
Na gotowych do pieczenia bochenkach gospodyni robiła krzyżyk i wstawiała do pieca. Sztuką było wsunąć na łopacie i potem szybko tę łopatę wysunąć z powrotem już bez bochenka. Jesienią podkładało pod chleb duży listek z kapusty. Po upieczeniu następowało wyjmowanie gotowych bochenków. Trzeba było zimną woda omyć ręką każdy jeden chleb – to skórka zmiękła i chleb się błyszczał Przed krojeniem trzeba buło przeżegnać rękom, jak zacynoł piyrso kromke z bochenka. Honorową sprawą dla kobiet była umiejętność upieczenia smacznego chleba. Charakterystyczne potrawy jeszcze w latach 90. XX wieku to np.: piyrogi z suskami, piyrogi z jaframi (borówkami), zupa z korpielami, borsc z grochem jaśkiem, dziadki z łomastom, inne zupy to syrzanka, bryndzanka, pietruscanka, cyr ze słodkiem abo kwaśnem mlykiem, zimioki z kwaśnem mlykiem, kapusta z grochem, kapusta z grzybami, kluski z tartyf zimioków ze skwarckami, placki na proszkaf, placki ze zimioków na blase abo na tłuscu, piyrogi z tartyf zimioków (łomnicańskie),kasa ze śliwkami( susonemi), zimioki ze śliwiankom, zimioki z kapuśniorkom. Wiele z tych potraw było tradycyjnie gotowane na stół wigilijny a niektóre, jak cyr czy placek pastucha stanowią menu kuchni regionalnej. Pozostałościami informującymi o sposobie odżywiania są np. putyrka do przechowywania bryndzy, niecki do tarcia ziemniaków, dziadek do ubijania ziemniaków, maśniczki, maselniczki, kiełbaśnice do wyrobów masarskich, grabki do zbierania borówek.
PRZEPISY (ponieftóre)
Piyrogi łomnicońskie – to tak trza buło zrobić, łoskrobać, późni zetrzyć zimioki i samyf tarcin zrobić ciasto, mozno buło dodać mółki i jojko- do środka gotuwane zimioki z bryndzom, rzucić na gotującom wode, ugotować i maścić słoninom.
Cyr razowy – na gotująco wode wsypać mółki razowe i klutacem( fiyrlokiem) rozfiyrlać, miysać i kwile, pogotuwać, rozparzyć ( coby ze 3 min popyrkało). Cyru jadło się duzo , jak dobrze gęsty to nazywali kulasa ze słoninom stopionom, mozno tyz z mlykiem kwaśnem abo słodkiem.
Zimioki z kapuśniorkom, trza buło ugotuwać zimioki, sok z kapusty z becki to sie łosobno zagotuwało, dodało zasmazke ze słoninom i wlywało sie do zimioków.
Kapuśniok – to tako rzodko, kapusta ,jesce trosusie gotuwanyk zimioków.
Zimioki ze syrzanom wodom – zimioki ugotuwać, do gorące wody dodać bryndze zeby sie rozmąciuła , mozno buło tyz z zasmazkom.
Korpiele – korpiele sie gotuwało z mlykiem, ugotuwać, łodcedzić, zimioki łosobno, ugotować korpiele na przychlipke ku zimiokom.
Śliwianka – tako zupa ze ze susonyf śliw, zimioki dodać, do te wody śliwiane.
Groch łokragły – gotuwało sie zupe ze zimiokami, grochówka./groch piechotny
fasolki rozmajte. Groch do kapusty sie dawało, bywoł groch mroziaty i bioły( mniejsy , podłużny) kolorowy to i woda kolorowo. Bób tyz sie gotuwało, gazdynie bób długie casy sadziuły. Som bób buł w strąckaf i trza go buło wypucyć.
Kapuste sadziuło się, buła swojo, nakrązało sie, deptało, dodawało koper, soluło mocno, sól buła tako siwo downi jak nie buło białe, dodawali tyz psiorki jabka, przeważnie chłop deptoł bo kapusta buła lepso,. Kapusty downo buła micha, nie teroz ino łysecki. Gotuwali z grochem abo z grzybami, dawały, zasmozke, cęsto do kisone dodawli zwykłom, nie buła tako łostro. Przy kiseniu lście i głębie dawali do inne becki i dlo łowiec. Godali ze kapuśniorka i bryndza porno to nolepso na chroboki.
Miyso – jak sie świnie zabiuło to sło miyso do spyrnika na strych.
Sadło – Downo tyz sadło sie robiuło. Sadło ze świńskif błon, to sie dawało do środka posek z grzbietu nolepse i poski sie przekładało, późni trza buło zasyć dratwom dookoła i w desecki włożyć Mocno solili, mogło siedzieć dłuzy ino zżółkło. Do lata to juz takie sadło łostre buło, jodalo sie młode zimioki i sadło. Jak się sadło topiulo a stare buło to w łocy scypało.
Zimioki z rosołem -Duzo zimioków z rosołem , jak sie świnie zabiuło, kawołek miysa, zioła dawali, moze lubscyk, cosnyk, marchewka i pietruska, pieprz ziołowy bo zwykły ino do świniobicio.
Rosół z barana trza buło umieć ugotuwać i przyprawić, bo nie kozdy sie późni chyciuł.
Rosół wołowy – .bycusia i cielisie przychowuwali, krowe jak sie zduła i ni móz buło zratuwać to wtencos buł rosół.
Placki ze zimioków- piekli na blase abo na tłuścu abo w piecu. Zimioki starte, dodawali gotuwanyf, doprawiali solom i robili ciasto, potem w piecu co chlyb to tyz sie piekło na kapuścianyf listkaf, wsodzało sie na łopacie,jak sie upiekły – zakond gorące sie jadło – gruby z 1 cm. Jesce bryndze sypali po tem abo robiuły na słodko ze syrem.
Placki na blase – z mółki ze sodom na blase i na kwaśnem mlyku, mółka ( łobesło sie bez jojka) kwaśne mlyko, wsypać sody, rozmiysić, uformuwać. Piyc.
Bukta łod święta – Boze Narodzenie, Wielkanoc piekło sie, mogła byś sama abo z borówkami, kakałem, dyniom, jabkami ( z takiemi marmuladami).
Bryndze się robiuło – jak sie zaklogało trza buło zeby syr łodcieknoł, doiwko syra łomało sie na kawołki, gnojuło sie go jaz buł śliski i cuć go buło. Późni trza buło pokroić na drobne, posolić , posiekać, pore dni nabiyrało smaku; na koniec trza buło zemleć na maszynce, ubić, przykrywało sie liśćmi krzonu abo pokrzyw.
Piyrogi robiulo sie z borówkami, ,ze syrem krowiem, abo do środka tyz gotuwane zimioki z bryndzom.,
Jodło na Wielkanoc – święcenina – chlyb pokrojony w kostke, krzon, jojka gotuwane, kiolbasa swoja, mlyko kwaśne, z niepozbiyranom śmietanom, mocno siądzięte. To razem wymiysane , na zimno. Ale robiuły tyz na gorąco ze syrwotkom.
święciulo sie cały chlyb, słonine, jojka, krzon.
Prowdziwki, gołąbki – (piekło sie na blase).
Gliwy – rosły downi na drzewaf.
Posadówki – w maju,jak trowa więcy zielono rośnie i pochnie; podobny do pieczarki, bioły kwardy, pochniący.
Rydze, lisówki – piekło się to na blase. Ale rydze tyz kisiuło.
Łopienki, podpieńki – smazuło sie ze śmietanom, ale tyz pono kisiuło.
Łowoce:
Śliwy węgierki – nadawaly się na susenie.
luboski – wielkie, bystrzyce, dymi orki – (drobne – jadło się).
Jabka – papiyrowki, malinki, renety.
Gruski – mało buło grusek, gruski ulegołki, zalazołki.
Sady buły połemkoskie na góraf, trześnie – ziołówka, corne – tornówki,
Przygotowała:
Wanda Łomnicka-Dulak
Wyobraź sobie góralski dom, który jest zbudowany jak ludowy kosmos. Kosmos ludowy może trochę miał z kosmosu Ptolemejskiego, nie miał nic z Kopernikańskiego, ale w zasadzie był to jeszcze jeden odrębny system – ludowy obraz świata. Wchodzisz w sień domu, która dzieli dom jak świat, na dwie połowy: powszednią i świąteczną. Czarną i białą. Z centralnie położonej sieni wchodzisz do czarnej izby – piekarni lub białej izby – świetlicy. Piekarnia to codzienny góralski dzień, gotowanie, praca, opieka, bydło, młody drób, piec z nalepą wielki jak zamek, dym i sadza… Świetlica to góralski dzień świąteczny, bielona wapnem, najczęściej bez pieca, więc i bez dymu, święty obraz, dwie pościele – chociaż nie do spania … Śpi się w piekarni na ławach, na strychu, w stodole, w szopie.. Tak więc widzisz pierwszą opozycję – horyzontalną: prawo – lewo, dzień – noc, świąteczne – powszednie, czarne – białe… Druga opozycja jest wertykalna czyli pionowa. Strych z sianem i różnym dobrem, z rzeczami wyniesionymi, już nie używanymi, miejsce letniego snu. Jest tam też miejsce na „sen” wspomnień, kiedy wyjdziesz i zobaczysz coś co wyniesiono nieużywane a pamiętasz to z dzieciństwa. Strych to niebo domu. W sieni, która jest osią domu, a skoro dom jest kosmosem, to jest osią kosmosu – jest wykopany loch. Czeluść na zimowe zapasy. Sklepiona z kamieni piwnica, ciemna, z jedynym sypnikiem z zewnątrz, do zsypywania ziemniaków, buraków. Sypnik jest tak wąski, że się nim nie wydostaniesz.
Strych to niebo domu. W sieni, która jest osią domu, a skoro dom jest kosmosem, to jest osią kosmosu – jest wykopany loch. Czeluść na zimowe zapasy. Sklepiona z kamieni piwnica, ciemna, z jedynym sypnikiem z zewnątrz, do zsypywania ziemniaków, buraków. Sypnik jest tak wąski, że się nim nie wydostaniesz.
Uważaj wchodząc do sieni, abyś nie wpadł w otwarty loch – podziemie domu, ciemne i nieprzeniknione. Straszne dla dzieci, którym grożą, że zostaną w nim zamknięte, jeśli będą niegrzeczne. Masz więc opozycję: góra dół. Niebo i podziemie czyli dwie strefy zaświatów a pomiędzy nimi, na powierzchni – piekarnia i świetlica – teraźniejszość i codzienność. Życie doczesne. Granicą tego świata jest próg sieni. Bez Boga ani do proga – mówi przysłowie. Za tą granicą jest świat obcy. Tutaj w domu jest nasz świat, swój. I to jest kolejna opozycja swój – obcy. Dlaczego nie witamy się przez próg? Zabobon? Nie. Żeby się przywitać, podać rękę, trzeba pojednać światy. Obcy, który przychodzi musi wejść na twoją stronę, do twojego świata lub ty, musisz przejść na jego stronę. Wyjść mu na spotkanie. Wtedy można sobie podać rękę.
Nad kwadratem izby u powały – czyli sklepienia – w miejscu gdzie na centralnym tragarzu rzezany jest znak solarno – lunarny, w okresie świąt Bożego Narodzenia, wisi podłaźniczka. Drzewo świata, dobra i zła, mały świerk wiyrchem w dół. Do niego uwieszony świat z opłatka czyli sferyczna bryła niby kula. Kula chleba. Nad kwadratem ziemi kula chleba. Kwadrat to ziemia. Kula to niebo. Nad głodną ziemią, niebo z chleba. Codzienne marzenie człowieka – chleb powszedni. Dzisiaj kiedy wszyscy wszystkiego mają pod dostatkiem, trudno jest zrozumieć pierwotne pragnienia. Chleba!
Jednym z typów zagród Górali Nadpopradzkich był układ czworoboku, który tworzył osobno stojący dom oraz stajnia i stodoła pod jednym dachem, chlewy i owczarnie. Jeden bok czworoboku stanowił sztachetowy płot zwany okołem i wrota. Domy biedniejszych gospodarzy miały tylko jedną izbę, zarazem kuchnię i obszerną sień. Zdarzał się również dom i stajnia pod jednym dachem. Pierwotnie w piekarni trzymano również bydło. Kiedy zaczęto usuwać bydło z piekarni dobudowywano stajnie obok piekarni, robiąc bezpośrednio drzwi do stajni. Tak powstawał ciąg pomieszczeń pod jednym dachem. Przy zakładaniu zrębu domu dawano pod węgło pieniądz i dziurawiec zwany dzwonkiem, lub boże drzewko. Ziele to miało stanowić ochronę przed diabłem. Przed zasiedleniem, do nowego domu wrzucano kota lub psa, aby na nie przeszły wszystkie choroby, które się w nowym domu znajdują.
Węgła domu ustawiano na kamiennych peckach. Były to, bądź pojedyncze głazy pokaźnych rozmiarów, bądź stosy płaskich kamieni zwanych bryłami. Ściany wykonywano najczęściej z bali jodłowych lub świerkowych. Zręby ścian w narożach tworzyły proste węgła licujące się ze ścianą. W starszych stodołach zdarzały się węgła na obłap. Zrębów ścian nie bielono ani nie malowano. Puste szpary między drzewami zrębu tzw. gratyny wypełniano mchem. Charakterystyczne było, wylepianie szerokiego obramowania wokół okien na zewnątrz z gliny lub wapiennego tynku i pobielonego. Poza względami estetycznymi, zabezpieczało to ściany pod oknami od gnicia. Wewnątrz bielono jedynie świetlicę, pozostawiając w niej nie bieloną powałę. Otwory na okna i drzwi wykonywano przez wstawienie w zrąb ściany słupów. W taki otwór wkładana była tzw. skrzynka wykonana z desek, która z zewnątrz i wewnątrz wykończona była ramą okienną ozdobnie frezowaną. Do futryny z zewnątrz wbite były zawiasy, na których wisiały pojedyncze okna otwierane do pola zapinane od wewnątrz na haczyk.
Dachy na domach były dwuspadowe z daszkiem przyzbowym nad frontową ścianą. Natomiast na stajniach, stodołach i budynkach gospodarstw sezonowych, często występowały dachy czterospadowe. Kryte gontem, większym niż w innych częściach Karpat. Przeważały dachy z gontów osikowych, jako najbardziej trwałych. Pokrycie słomiane uważano za lepsze, ze względu na to, że zimą przez strzechę słomianą nie nakurzyło śniegu, tak jak przez pokrycie gontowe. Gonty kładziono pojedynczo. Zdarzało się również pokrycie dranicami, tj. szczypanymi deseczkami, układanymi na zakładkę. Szczyty domów szalowano pionowo deskami. Połączeniem dachu słomianego i goncianego było wykończenie gontami kalenicy, dolnej krawędzi dachu (strześnicy) oraz daszka przyzbowego. W takiej postaci strzechy zanikły.
Dachy wznoszono w konstrukcji krokwiowej. W przypadku dachu czterospadowego sam szczyt wykonany był w ten sposób, że ostatnia warstwa gontów tworząca kalenicę wystawała ponad połać szczytową tworząc nad nią mały daszek a pod nim w szczycie trójkątny otwór. Połać szczytowa takich dachów, miała większy spad niż gdzieindziej. Podłoga była tylko w świetlicach. Klepiska najdłużej zachowały się w sieniach, zwłaszcza tam gdzie sień służyła za boisko. W stajniach podłogi wykonywane były z dyli czyli z przepołowionych na pół okrąglaków.
Powały dawano tylko nad świetlicą i piekarnią. Zdarzały się powały z desek szczypanych. Na powale wykonywano polepę z gliny, dla szczelności i jako warstwę ogniotrwałą. Nad sienią nie było powały ze względu na dym, który wydostawał się z świetlicy (jeśli był w niej piec) i piekarni, częściowo przez drzwi. Dodatkowym otworem do odprowadzania dymu z piekarni była tak zwana woźnica – klapa w powale zamykana za pomocą dźwigni lub tyczki.
Najdawniejsze piece, to piece dymne z otwartym ogniem, występujące najdłużej w piekarniach. Miały również nalepę i dymny piec chlebowy. Z czasem zaczęto dorabiać do nich okapy, które odprowadzały dym na strych, zapobiegając jego rozchodzeniu się po pomieszczeniu. Piece takie wykonywano z kamienia i gliny. Gotowano na otwartym ogniu w garnkach glinianych lub żeliwnych z trzema nóżkami, lub stawiano garnek na osobnym trójnogu zwanym dynarkiem. Dym z pieca w świetlicy wydostawał się przez rurę do sieni. W piekarni pod powałą wzdłuż ściany podwieszona była poleń – półka z dwóch żerdzi służąca do suszenia drewna. Do wieszania ubrania służyła podwieszona pod powałą żerdka, najczęściej zawieszona końcami na przeciwległych ścianach. Do spania służyły ławy wokół pieca, pod ścianami i nalepa. W stajni często było wyrko do spania dla parobka. Parobek mógł też sypiać w żłobie.
Strych to niebo domu. W sieni, która jest osią domu, a skoro dom jest kosmosem, to jest osią kosmosu – jest wykopany loch. Czeluść na zimowe zapasy. Sklepiona z kamieni piwnica, ciemna, z jedynym sypnikiem z zewnątrz, do zsypywania ziemniaków, buraków. Sypnik jest tak wąski, że się nim nie wydostaniesz.
Uważaj wchodząc do sieni, abyś nie wpadł w otwarty loch – podziemie domu, ciemne i nieprzeniknione. Straszne dla dzieci, którym grożą, że zostaną w nim zamknięte, jeśli będą niegrzeczne. Masz więc opozycję: góra dół. Niebo i podziemie czyli dwie strefy zaświatów a pomiędzy nimi, na powierzchni – piekarnia i świetlica – teraźniejszość i codzienność. Życie doczesne. Granicą tego świata jest próg sieni. Bez Boga ani do proga – mówi przysłowie. Za tą granicą jest świat obcy. Tutaj w domu jest nasz świat, swój. I to jest kolejna opozycja swój – obcy. Dlaczego nie witamy się przez próg? Zabobon? Nie. Żeby się przywitać, podać rękę, trzeba pojednać światy. Obcy, który przychodzi musi wejść na twoją stronę, do twojego świata lub ty, musisz przejść na jego stronę. Wyjść mu na spotkanie. Wtedy można sobie podać rękę.
Nad kwadratem izby u powały – czyli sklepienia – w miejscu gdzie na centralnym tragarzu rzezany jest znak solarno – lunarny, w okresie świąt Bożego Narodzenia, wisi podłaźniczka. Drzewo świata, dobra i zła, mały świerk wiyrchem w dół. Do niego uwieszony świat z opłatka czyli sferyczna bryła niby kula. Kula chleba. Nad kwadratem ziemi kula chleba. Kwadrat to ziemia. Kula to niebo. Nad głodną ziemią, niebo z chleba. Codzienne marzenie człowieka – chleb powszedni. Dzisiaj kiedy wszyscy wszystkiego mają pod dostatkiem, trudno jest zrozumieć pierwotne pragnienia. Chleba!
Jednym z typów zagród Górali Nadpopradzkich był układ czworoboku, który tworzył osobno stojący dom oraz stajnia i stodoła pod jednym dachem, chlewy i owczarnie. Jeden bok czworoboku stanowił sztachetowy płot zwany okołem i wrota. Domy biedniejszych gospodarzy miały tylko jedną izbę, zarazem kuchnię i obszerną sień. Zdarzał się również dom i stajnia pod jednym dachem. Pierwotnie w piekarni trzymano również bydło. Kiedy zaczęto usuwać bydło z piekarni dobudowywano stajnie obok piekarni, robiąc bezpośrednio drzwi do stajni. Tak powstawał ciąg pomieszczeń pod jednym dachem. Przy zakładaniu zrębu domu dawano pod węgło pieniądz i dziurawiec zwany dzwonkiem, lub boże drzewko. Ziele to miało stanowić ochronę przed diabłem. Przed zasiedleniem, do nowego domu wrzucano kota lub psa, aby na nie przeszły wszystkie choroby, które się w nowym domu znajdują.
Ostatnim budynkiem wchodzącym w skład zagrody był chlew – mały budynek o czterospadowym stromym dachu, przedzielony na pół, z osobnymi drzwiczkami do każdej połówki. Zamykany na drewniane rygle, stał często na krótszym boku czworobocznej zagrody.
Piwnice występowały jako osobne, wolnostojące, lub pod spichlerzem i jak już wspomniano, jako loch pod budynkiem mieszkalnym. Były murowane z kamienia, sklepione kolebkowo, na zaprawie z gliny, najczęściej w całości wkopane w ziemię. Piwnice wolnostojące przykryte były dachem, którego połacie sięgały ziemi.
Charakterystyczne dla Łomnicy, były gospodarstwa sezonowe na polanach pasma Jaworzyny Krynickiej. Były to zagrody jedno i dwubudynkowe związane z letnim wypasem bydła i sezonowym gospodarowaniem na górskich łąkach. Budynki były konstrukcji zrębowej z okrągłych belek. Ściany pomieszczeń mieszkalnych w większości płazowano od wewnątrz. W pomieszczeniach mieszkalnych nie było podłogi. Wyposażone były w piec z kominem wypuszczonym nad dach oraz jedno lub dwa okna. Nad pomieszczeniami – z wyjątkiem sieni – była powała. Dachy dwuspadowe z okapem szczytowym lub starsze czterospadowe, kryte gontem.
Domy przy drodze stały szczytem lub frontem do drogi. Z dala od drogi stały najczęściej frontem na południe.
Źródłem wody mogła być studnia wykończona nad ziemią ośmiokątną drewnianą cembrowiną i lejem. Dla bydła wykonywano nad strumieniami żłoby wyrąbywane w kłodach drewna, przy drodze na pastwisko. Jeśli w pobliżu domu był potok, wodę brano bezpośrednio z potoku.
Opisane budownictwo jest budownictwem typu wiejskiego, górskiego, nie uwzględnia zabudowań małomiasteczkowych, jakie występowały w Piwnicznej w sąsiedztwie rynku i budynków willowych. Przeważającą część miasta Piwniczna w dawnych czasach stanowiły obszary rolnicze i hodowlane położone w górskich dzielnicach miasta. Tamtejsze zabudowania, były typowe dla okolicznych wsi regionu. W pierwszym dwudziestoleciu XXI w. niemal całkowity zanik rolnictwa i hodowli na terenie góralszczyzny nadpopradzkiej, wyburzanie lub przebudowa tradycyjnych budynków, spowodował ostateczny zanik dawnego budownictwa, układu zagród i wyglądu wsi. Dawny krajobraz kulturowy regionu Górali Nadpopradzkich zniknął bezpowrotnie.
Literatura:
Piotr Kulig, Górale Nadpopradzcy w: Krakowiacy, Lachy, Górale. Stroje wsi małopolskiej. Nowy Sącz 2020